strona główna

WRÓĆ

fräulein y.

i'm in slytherin!

youtube
filmweb || dev
fanlisting || anidb
quizilla || soup.io
$1,740,330

feeling like a freak on a leash

klepsydra

2005
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2006
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2007
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2008
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2009
01 02 03 04 05 06
07 08 09 10 11 12
2010
01 02 03

layout

panna Pasażerka
laj-alt
foto

sierpień 2006
Link ::
2006-08-03 17:31:48
Odwiedził mnie dzisiaj przedstawiciel firmy, organizującej kursy szybszego uczenia się i doskonalenia technik pamięciowych. Kurs, w jakim będę brała udział w nadchodzącym roku szkolnym, ku przerażeniu Ammadżi, okazał się kosztowym przedsięwzięciem, ale mnie bardziej przeraża umiejscowienie tych warsztatów w czasie. Policzmy:
1. 40 godzin zajęć lekcyjnych tygodniowo, a jeżeli będę miała problem z piątą specjalizacją, to będzie ich 38
2. warsztaty z historii w Gliwicach; swoją drogą już sobie siebie wyobrażam wstającą o szóstej rano w sobotę, żeby na nie dojechać
3. basen, dwie godziny w tygodniu; wstępnie umówiłyśmy się z Gunią, że będziemy pływać po skończeniu warsztatów historycznych
4. od jesieni zaczynam się uczyć nowego języka obcego; rosyjski był dla mnie szczytem marzeń, a Ammadżi obiecała mi porozmawiać ze swoją znajomą, która z wykształcenia jest rusycystką
5. bardzo chciałabym kontynuować język włoski
6. nie boję się konieczności zrezygnowania z Kawiarenki Literackiej tylko dlatego, że i tak nie robimy regularnych prób
7. przystępuję do pracy wolontaryjnej, mam do wyboru dwa warianty – uczenie dzieci, które mają problem z językiem niemieckim i językiem polskim, albo praca w schronisku dla zwierząt, chociaż nie ukrywam, że jeżeli harmonogram by mi pozwolił zdecydowałabym się najchętniej na obie
8. opłacone już, a zatem nieodwołalne i poniekąd priorytetowe uczestnictwo w kursie szybszego uczenia się i doskonalenia technik pamięciowych
Nasuwa się pytanie: a po ilu filiżankach kawy Ty się uśmiechniesz?
Gdyby ktoś miał Zmieniacz Czasu na zbyciu, to przygarnę go z największą chęcią.
Avanti! Zrobiłyśmy dzisiaj z Ammadżi maraton po wyprzedażach, przyspieszając nadejście dnia, w którym nie uda mi się zamknąć szafy, z wynikiem: buty (jedna para, granatowe i będą ładnie wyglądać z mundurkiem szkolnym), bluzki (sztuk dwie), spodnie (jedne, ale są to spodnie o wartości tak jakby historycznej: są to pierwsze biodrówki w moim życiu), skarpetki (pięć par :D). Jak patrzę na te bluzki, które nie są niebieskie, a tylko takie będzie nam wolno nosić do szkoły, to jakby trochę zaczynają mi przeszkadzać te mundurki, których wprowadzenie sama popierałam. Zakupy zrobiłam też przez allegro i jak 13-ego wrócimy z Servem z gór, to będą na mnie czekać „Piraci z Karaibów” i „Człowiek Słoń” Lyncha. Odkryłam, że na allegro jest też stanowczo za dużo ładnej biżuterii, a jedne kolczyki to nawet są więcej niż ładne i chyba za chwilę zacznę je licytować. A teraz pada na dworze i boję się, że w tych górach, to z samą ideą chodzenia po górach i lasach, hej, może być różnie. Za to, mamy już zaproszenie na piątek na party w pianie, z którego chyba nie skorzystamy, bo nie jestem pewna jak Serv reaguje na głośną muzykę techno i skakanie do niej po szyję w bąbelkach. Zamiast tego pewno będziemy słuchać Tu Es Petrus i grać w szachy. No, chyba, że Serv jednak zdecyduje się na nowe doświadczenia, bo w końcu trzeba w życiu spróbować wszystkiego. Nawet imprezy w pianie.

2006-08-04 14:45:46
Dziennik Zachodni” napisał o nowym pomyśle ministra edukacji Romana Giertycha: „Masz piątki i szóstki ze wszystkich przedmiotów? I tak możesz nie przejść do następnej klasy. Wystarczy, że nauczyciel uzna, że twoje zachowanie jest nieodpowiednie.(...) Wystarczy, że przez trzy lata z rzędu uczeń będzie miał naganną ocenę z zachowania, a nie zda do następnej klasy. Do tej pory ocena z zachowania nie miała wpływu na promocję. Jednak z Ministerstwie Edukacji jest gotowy projekt rozporządzenia dotyczącego sposobu oceniania i promowania uczniów. Zakłada on, że uczeń, który trzy lata z rzędu otrzyma naganną ocenę z zachowania, nie zda do następnej klasy. Uczniowie, którym dwa razy trafiła się ocena naganna, także nie mogą być pewni, iż otrzymają promocję. O ich losie będzie decydowała rada pedagogiczna. Resort edukacji przedstawi projekt w najbliższych dniach. (...) Pomysł resortu edukacji krytykuje PO. - Ocenę z zachowania wystawia wychowawca klasy i jest ona uznaniowa. Zdarza się też tak, że nauczyciele niektórych uczniów faworyzują, innych zwyczajnie nie lubią. Ocenę z innego przedmiotu można poprawić. Przy zachowaniu uczeń nie ma możliwości się „podciągnąć” - uważa Krystyna Szumilas z PO, która jest nauczycielką. - A co z dziećmi chorymi ADHD, które są nadpobudliwe? One też nie dostaną promocji, bo hałasują? - pyta retorycznie.”
Nic śmiesznego.
A jeszcze mniej śmieszne są zapowiedzi rektorów szkół wyższych, o wprowadzeniu od przyszłego roku egzaminów wstępnych.
Takiego wała, o!

(papa, całusy sto dwa, jedziemy z Servem podbijać Beskid Żywiecki, wracamy 13-ego sierpnia)

2006-08-13 19:59:23
Wróciliśmy!
Było bosko, jeżeli tylko pominąć brzydką pogodę, błoto i monstrualną ulewę w dzień, na który zaplanowaliśmy sobie pójście na karuzele. Poza tym Serv wstaje zdecydowanie zbyt wcześnie rano. Byliśmy drugi raz na drugiej części „Piratów z Karaibów” w Bielsku Białej, a potem obiegliśmy całą Sferę i pół Żywca (jak czekaliśmy na przesiadkę) szukając lodów o smaku rumowym, których oczywiście nie było. Ale spotkałam znajomą z równoległej klasy z liceum.
Dwa razy byliśmy na pizzy (cztery rodzaje sera, naprawdę super) a raz na szarlotce z lodami czekoladowymi i bitą śmietaną.
Przeczytałam wszystkie siedem części „Opowieści z Narnii” a potem narysowałam cienkopisem na odpustowym balonie Aslana.



W ogóle to Serv mnie załamał nieznajomością jednej z moich kultowych postaci literackich, jaką jest inspektor Poirot Agathy Christie, swoją drogą muza mojego najnowszego opowiadania znajdującego się aktualnie w fazie planowania. Nota bene, zaawansowanego planowania. Colę z lodem ma u mnie Asiczka za rozgromienie Serva w szachy. Drugą colę ma u mnie Serv, jeżeli wygra zakład o to, jakie słowo wypowiada Jack Sprarrow z chwilą, w której miss Elizabeth Swann przykuwa go do jego własnego statku. Jeżeli on faktycznie mówi wtedy „pirates” a nie „pirate”, jak mnie się wydaje (i jak twierdzą napisy), to Serv ma colę. I vice versa, oczywiście.
Gdyby ktoś mi powiedział dwa tygodnie temu, że Asiczka, zagorzała fanka muzyki techno (obrażona swoją drogą o to, że za mało jej na papierowe-miasto.blog.pl) zacznie lubować się w Tori Amos, nie uwierzyłabym. Teraz przegrywam jej płyty.
We wtorek urządzamy u Serva maraton filmowy. Do obejrzenia mamy "Opowieści z Narnii" (widziałam, ale chętnie obejrzę jeszcze raz), „V jak Vendetta” (głupia byłam, że nie chciałam iść na to do kina, bo Serv opowiedział i zakładam, że mi się podoba), „Piratów z Karaibów” (vol. 0.1) i „Upiora w Operze” (ale i tak bez sensu, że Eryk ma nos, skoro w książce jak byk stoi, że Eryk nosa nie posiada i tak było dobrze).

2006-08-15 00:46:01
Absolutnie zakręcony poniedziałek. Na pierwszy ogień poszła awantura w salonie TP, gdzie musiałam sięgnąć do groźby „wstąpienia na drogę postępowania sądowego”, żeby przyjęto reklamację Ammadżi. A że nic w przyrodzie nie ginie, Pracownica Pierwszego Kontaktu wyżyła się za tę uwagę na następnej osobie z kolejki, podczas kiedy Pracownica Drugiego Kontaktu, zorientowawszy się, że rozmawia z byłą nauczycielką swojej córki, której ową latorośl chciała opchnąć na korepetycje z przedmiotu nazywanego Królową Nauk, reklamację przyjęła z uśmiechem i jeszcze nawrzeszczała na tę samą osobę co jej poprzedniczka, określając ją mianem chamskiej, kiedy tamta zaczęła poganiać Ammadżi do szybszego wypełniania formularza reklamacyjnego.
Później szewc. Do czwartku jestem pozbawiona jednego buta marki Lanetti, czyli pięćdziesięciu procent mojego ulubionego obuwia. Wszystkie inne pary, gryzły się z tym co miałam dzisiaj ubrane na sobie, a zatem chcąc czy nie, manifestowałam groteskę. Żeby życie miało smaczek.
Następna w kolejce poczta, bo przysłali mi coś dziwnego, za co trzeba było zapłacić złotych trzydzieści pięć z czapką drobnych. Okazało się, że listonosz się rozpisał i te 3585 (z fabrycznie wydrukowanym przecinkiem po drugiej liczbie), które mnie nie tylko skonfundowało, ale też początkowo zaniepokoiło, to nie cena, a końcówka numeru przesyłki.
Jazda na gapę w obie strony na zakupy do Tesco, w ramach dziennej dawki wydzielania adrenaliny, podczas uprawiania sportów ekstremalnych, w punkcie czwartym planu dnia.
Kolejkę do okienka w PKO, przeżyłam w nerwach, bo miałam zlecić swój pierwszy w życiu przelew za kolczyki z Allegro. Okazało się, że łatwiej jest dokonać przelewu, nawet kiedy nie ma się o tejże czynności zielonego pojęcia, a myślami krążąc wokół topniejących w torbie frytek AVIKO, niż złożyć reklamację w salonie TP.
Kiedy obładowana wyprawką szkolną i wymagającymi natychmiastowej zamrażalnikowej reanimacji frytkami, wdrapałam się na trzecie piętro i zobaczyłam na stole w kuchni miskę z malinami, w pierwszej chwili pomyślałam, że to albo fatamorgana, albo one są plastikowe. W następnej chwili przypomniało mi się, że zapomniałam pójść do salonu Ery dowiedzieć się, co ma się znaleźć w podaniu o zerwanie umowy.
A najfajniejsze jest to, że zachciało mi się generalnych porządków w pokoju. PCK dostało ode mnie dwie reklamówki ubrań, co do których przestałam mieć jakiekolwiek złudzenia, że kiedykolwiek jeszcze się w nie zmieszczę, wyleciała też zdezelowana mini wieża i teraz mam wysprzątane cztery półki i autentyczny bałagan, nie mający nic wspólnego z osławionym artystycznym nieładem, na całej pozostałej powierzchni użytkowej moich prywatnych kilku metrów kwadratowych.
Bałagan ten, zapewne utrzyma się w praktycznie niezmienionym stanie przez najbliższe kilka dni, z uwagi na plany, które uniemożliwią mi odgruzowanie biurka, czy podłogi.

2006-08-15 23:19:47
„Voila! In view, a humble vaudevillian veteran cast vicariously as both victim and villain by the vicissitudes of fate. This visage, no mere veneer of vanity is a vestige of the vox popuIi, now vacant, vanished. However, this valorous visitation of a bygone vexation stands vivified and has vowed to vanquish these venal and virulent vermin vanguarding vice and vouchsafing the violently vicious and voracious violation of volition. The only verdict is vengeance, a vendetta held as a votive not in vain, for the value and veracity of such shall one day vindicate the vigiIant and the virtuous. VeriIy, this vichyssoise of verbiage veers most verbose.
So let me simply add that it's my very good honor to meet you, and you may call me V.”

Zapewne niewiele przedstawicielek mojej płci, podzieli moje zdanie na temat wyżej wymienionego osobnika, ale nie zachwieje to moją opinią, którą po wykreśleniu zbędnych superlatyw, można streścić do: on jest absolutnie cudowny. I oczywiście z tego tytułu przedwcześnie zginął, kończąc tym motywem film, jak dziwnym zbiegiem okoliczności przydarza się to wszystkim moim ukochanym postaciom fikcji literacko-filmowej, z odstępstwem dla wyjątków potwierdzających tę regułę. Uwielbiam jego głos, uwielbiam sposób w jaki się wypowiada, oraz ten, w jaki się porusza. Uwielbiam jego dom, scenę w której rzuca nożami, oraz tą, w której walczy ze zbroją, na modłę „Hrabiego Monte Christo”. Był też moment w którym się wzruszyłam i gdyby magia kina sięgała aż tak daleko, to pewno przytuliłabym mocno głównego bohatera. Za to łysa Demi Moore, wygląda znacznie lepiej od łysej Natalie Portman, tyle gwoli luźnych obserwacji.
Zastanawia mnie, ile osób mojej płci zastanawia się teraz, jak mogłam dać się zauroczyć przez bohatera filmowego, który przez cały film pokazał właściwie tylko swoje ręce, sugerujące poważne poparzenia na całym ciele. Otóż można. Ja w każdym razie, nie widzę ku temu żadnych przeszkód.
Skoro zjedliśmy już wisienkę z deseru, pora przejść do drugiej części zrecenzowania moich dzisiejszych doznań filmowych.
Dość luźno potraktowana, moim zdaniem, ekranizacja powieści Gastona Leroux, którą na niekorzyść oparto bardziej na musicalu A. L. Webbera, niż na literackim pierwowzorze, była wyświetlana w kinach dwa lata temu. Cieszę się, że „Upiora w Operze” obejrzałam dopiero dzisiaj, na kilka tygodni po przeczytaniu tej zachwycającej powieści, która przerasta film o tak wiele, że filmowego Upiora najwyraźniej nie byłam w stanie wystarczająco polubić, żeby na zakończenie przedwcześnie zginął. Chyba, że zakwalifikować go do wyjątków potwierdzających regułę, bo jednak był całkiem sympatyczny. Aczkolwiek, przynajmniej dwie kwestie wypowiadane przez innych bohaterów na temat samego wyglądu Upiora, czyli powiedziałabym, że kwestii wręcz kluczowej, wydały mi się mocno przesadzone. Na miejscu pierwszym znajdzie się wpisany do scenariusza cytat z książki, opisujący twarz Upiora jako pozbawioną nosa i ust, oraz o żółtej cerze, który może mocno działać na wyobraźnię podczas czytania powieści, ale do wyglądu Upiora filmowego ma się nijak. Druga wypowiedź, to słowa Christine Daae, która trochę przesadziła z barwnym opisem „potwornej deformacji”, gdyż właściwie to Eryk był przystojny, a osławiona deformacja przypominała blizny po poparzeniach, zajmujące mniej niż połowę twarzy. Nigdy nie lubiłam Christine, ale tutaj mocno przesadziła. Pozwolę sobie jeszcze na krótkie wtrącenie, że gdybym znajdowała się na jej miejscu, i miała dokonać wyboru pomiędzy Upiorem, bądź co bądź geniuszem w kilku dziedzinach z akcentem na muzykę, który wygląda arcyseksownie kiedy powiewa swoją czarną peleryną i wyciąga białą broń, i arcyujmująco przeżywając rozpacz graniczącą z wściekłością i bezsilnością, a Raulem, który nie ruszając się z miejsca, stał z otwartymi ustami patrząc, jak obcy facet porywa mu dziewczynę, i który zasnął, kiedy miał stać na straży pod jej drzwiami, nie zastanawiałabym się nawet dwóch sekund, tylko pobiegłabym przytulić się do Eryka, co też chciałam uczyć trzykrotnie podczas oglądania filmu.
I uwielbiam utwór „The Phantom of the Opera” z soundtracku, który bardzo chciałabym mieć, jeszcze zanim znajdę pieniądze na płytę z kompletną ścieżką dźwiękową i na film na DVD, którego pożądam z siłą graniczącą z nieprzyzwoitością, więc wszystkich szczęśliwych posiadaczy piosenki, której tekst aktualnie personalnie odnosi się do mnie („the Phantom of the Opera is here, inside my mind”, przerażająco prawdziwe), proszę o wysłanie na adres mailowy yahooaneca@op.pl., w ramach akcji Podziel Się Plikiem MP3.

2006-08-16 21:07:05
Postanowiłyśmy z Gatą wybrać się do Centrum Wolontariatu, porozmawiać o pracy dla młodych, ambitnych licealistek, żeby sobie popracować za darmo, ale mieć możliwość wpisania sobie w CV udokumentowanego doświadczenia zawodowego. Ostatecznie z tych szczytnych planów nic nie wynikło, gdyż CW z powodu remontu zostało zamknięte do odwołania, ale chęci liczą się nam na plus, a poza tym zawsze możemy się przespacerować tam drugi raz.
Mając jednak dużo wolnego popołudniowego czasu, postanowiłyśmy spokojnie przejść się do najbliższego McDonalda na muffiny. Najbliższy McDonald wcale nie okazał się znajdować jakoś specjalnie blisko, zatem plany na ów popołudniowy czas wolny, rozszerzyły się o ekscytującą wycieczkę krajoznawczą.
Zjadłyśmy obrzydliwie tuczący i niezdrowy lunch, który w moim przypadku odegrał jeszcze rolę spóźnionego śniadania, którego nie zdążyłam zjeść przed wyjściem z domu, po czym poszłyśmy pospacerować po księgarniach. Gata wzdychała do „Lewej wspomnienie prawej” Krystyny Kofty, a ja szarpnęłam się na kolejną do kolekcji powieść Stephena Kinga i znowu jestem biedna jak mysz kościelna. A raczej tak przedstawiać będzie się moja sytuacja materialna jutro, po powrocie z kina.
W każdym razie nakarmiwszy oczy rozkosznym widokiem wielu książek w jednym miejscu, sprawdziłyśmy kiedy Gata ma tramwaj powrotny i korzystając z pozostałego nam czasu, poszłyśmy posiedzieć do parku, gdzie zaczyna się część notki, bezpośrednio związana z moją najnowszą teorią pt. „Pokaż mi swój aparat ortodontyczny, a powiem Ci, jaki nosisz rozmiar stanika”.
Siedziałyśmy sobie na ławce, wymieniając sarkastyczne uwagi jak to my, przy czym po jednej mojego autorstwa, Gata zareagowała niekontrolowanym śmiechem. W kilka sekund po tym wydarzeniu podszedł do nas Granatowe Ogrodniczki (l.20), znajdujący się w stanie wskazującym na spożycie i skonfundował Gatę bezpośrednim pytaniem, czy opowie mu ten kawał, który tak ją rozbawił. Skonfundowana Gata odbąknęła, że to nie był kawał, w tej samej chwili, w której do ławki podszedł Kolega Granatowych Ogrodniczek (l.40) i poprosił towarzysza, żeby nie zaczepiał dziewczynek. Granatowe Ogrodniczki zauważył, że dziewczynki są wyjątkowymi pięknościami, a poza tym on chce usłyszeć ten kawał. Pozwoliłam sobie więc zauważyć, że to nie był kawał, a kiedy Kolega Granatowych Ogrodniczek zapytał, czy to była bardzo poważna sprawa, odparłam, że wręcz przeciwnie, była to sarkastyczna uwaga, na co zareagował miną wyrażającą całkowite niezrozumienie tematu i zboczył do zagadnienia naszej wyżej wspomnianej piękności. Z ust Kolegi Granatowych Ogrodniczek dowiedziałyśmy się, że piękne to może jeszcze nie jesteśmy, ale bardzo ładne na pewno, z czego Gata jest zdecydowanie ładniejsza, bo jest opalona, a ja powinnam nabrać trochę koloru i wówczas z pewnością jej dorównam. Granatowe Ogrodniczki zareagował na to oburzeniem stając w heroicznej obronie mojej urody i stwierdzając, że to nie Gata, ale ja jestem „jak ta lala” a kolega starszy się po prostu na kobiecych walorach nie zna. Kolega Granatowych Ogrodniczek zapewne nie zmienił swojego zdania, ale nie wypowiedział już tego głośno, za to starał się odciągnąć swojego towarzysza, który nie przestawał zawstydzać mnie falą peanów na cześć moich wdzięków, które do tej pory uważałam za poważnie wątpliwe, a który to pogląd chyba będę zmuszona zmodyfikować.
W czasie kiedy panowie wykłócali się o wyższość Gaty nade mną i vice versa, my wymieniałyśmy rozbawione spojrzenia, jako jedyny komentarz dla tej abstrakcyjnej sytuacji.
W pewnym momencie Granatowe Ogrodniczki odwrócił się w moją stronę pożądliwie, jeszcze raz pozwolił sobie na pochlebny komentarz dotyczący mojej prezencji, po czym ku pogłębieniu rozbawienia Gaty padł przede mną na kolana. Kolega Granatowych Ogrodniczek nie czynił podobnych manifestów uwielbienia przed Gatą, jeżeli miałoby to kogoś zainteresować. Granatowe Ogrodniczki pokazał mi swoje przedramię, poinformował, że jest czyste i że je wczoraj dokładnie umył (w tym miejscu jego towarzysz zauważył, że i tak nadal jest brudne), po czym oparł je na moim kolanie i począł z adoracją wpatrywać się głęboko w moje oczy, czym mnie pozytywnie zaskoczył, bo przynajmniej nie patrzył mi głęboko w dekolt. Będąc sprawiedliwą muszę przyznać, że miał wyjątkowo ładny, ciemny kolor tęczówek, który skojarzył mi się z gorzką czekoladą 99%. Wpatrywał się tak, klęcząc na brukowanej parkowej alejce, a w między czasie uciekł mi autobus.
Kolega Granatowych Ogrodniczek zaproponował, że pójdzie po piwo i z kurtuazją zapytał, czy reflektujemy, na co bez wahania przecząco pokręciłyśmy głowami i zaakcentowałyśmy fakt, że nie pijemy. Odpowiedź Kolegi Granatowych Ogrodniczek, zabrzmiała dość groteskowo w połączeniu ze stanem wskazującym na spożycie (oddając im sprawiedliwość nie byli pijani, nawet niespecjalnie mocno wstawieni szczerze mówiąc), a brzmiała ona: „my też”.
Z chwilą w której towarzysz Granatowych Ogrodniczek oddalił się jednak po to piwo, stwierdziwszy wcześniej na widok butelki wody mineralnej w mojej ręce, że gdyby on tylko to pił, to już dawno wylądowałby w szpitalu, a ocaliło go od tego właśnie piwo, Granatowe Ogrodniczki znudził się wpatrywaniem mi w oczy, wstał, otrzepał się, po czym zapytał, czy nie mogłabym mu z bliska pokazać jak wygląda aparat ortodontyczny, bo zastanawiał się, czy sobie też takiego nie założyć. Osobiście nie uważam, żeby wyglądał na kogoś, kogo stać na taki drobiazg, ale po kilku minutach próśb wyszczerzyłam się posłusznie, trochę zakłopotana faktem, że obcy mężczyzna patrzy mi z bliska na usta, ale przypuszczam, że Granatowe Ogrodniczki wykorzystał okazję, żeby zajrzeć mi w dekolt, co w zasadzie jawi mi się rzeczą, w teorii wprawiająca w jeszcze większe zakłopotanie.
Na zakończenie tej interesującej znajomości Granatowe Ogrodniczki jeszcze raz namiętnie zajrzał mi w oczy, po czym uścisnął mi dłoń, przytrzymując ją o wiele za długo niż to było koniecznie, ale, że miał ciepły i przyjemny dotyk dłoni, to specjalnie się nie szarpałam.
Pointy nie będzie. Zaczynam godzić się z faktem, że nigdy nie będę ideałem wykształconych artystów-erudytów, a moje miejsce jest wśród panów pokroju Granatowych Ogrodniczek, który wyglądał jakbyśmy z Gatą zaczęły rozmawiać w obcym języku, kiedy na jego pytanie o wyższość Leonarda DiCaprio nad jego skromną osobą, szybko skomentowałyśmy aktora, później trochę rozleglej jakość jego popisowego filmu („Titanic”), a skończyłyśmy na spekulacjach, kto napisał do tegoż dzieła muzykę, w trakcie trwania których zauważyłam, że Hans Zimmer i tak zrobiłby ją lepszą, a Gata dodała, że wyjątkowo piękny soundtrack był w „Wyznaniach Gejszy”.

2006-08-22 00:30:43
Zapewne przemawia przeze mnie zazdrość, zapewne tak. Przypuszczalnie wiele kobiet tak właśnie pomyśli. Prawdopodobnie pomyślą tak wszystkie, dla których synonim piękna farbuje się na blond charakteryzujący się intrygującymi ciemnymi odrostami i nosi naturalną opaleniznę wyniesioną z solarium, sądząc po nienaturalnej jednolitości koloru. Wśród dwudziestu finałowych kandydatek tegorocznego konkursu Miss Polonia, nie dostrzegłam ani jednej naturalnej blondynki, a i tak najpiękniejszym blondwłosym osobnikiem na sali był juror, Piotr Rubik. Nabrałam też podejrzeń, czy przypadkiem konkurs o status Najpiękniejszej Polki, nie stał się sposobem na zaistnienie, dla dziewcząt o regularnych rysach i przyjętych za doskonałe wymiarach, ale zbyt niskim wzroście, żeby mieć szansę w zawodzie modelki (prawie żadna z kandydatek nie przekroczyła magicznych metra siedemdziesiąt cztery). Inna rzecz, że nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek widziała modelkę, która na wybieg wychodzi z tak ostentacyjnie plastikowym uśmiechem, który sprawia, że pogląd o pociągającej tajemniczości Mony Lisy, zaczyna podlegać pewnym wątpliwościom. Perełkami wieczoru były nieprzyzwoicie połyskująca różem sukienka Katarzyny Cerekwickiej i nadzwyczajnie błyskotliwy dowcip o Pitagorasie, który zaczął pracować nad nauką o trójkątach, kiedy leżał pomiędzy dwiema Polkami, haha.
Jeżeli chodzi o zajęte przeze mnie stanowisko, to nie miałam faworytki. Chociaż jestem skłonna przychylić się do wyboru miss publiczności. Aczkolwiek sądzę, że Kudłata, albo Asiczka zakasowałyby całą konkurencję w ułamku sekundy, gdyby tylko miały ku temu okazję.
Nigdy nie uważałam, że osoba startująca w wyborach Miss, automatycznie musi być siksą z okładki „Dziewczyny”, podającą zawsze w odpowiedzi na pytanie o zainteresowania sport. Zresztą podobne zdanie mam na temat modelek, które owszem, zarabiają na swojej urodzie, aczkolwiek stereotyp głupiej ślicznotki zdaje się być jednak bardzo krzywdzącym. Nie zmienia to jednakowoż faktu, że etap polegający na odpowiadaniu na żartobliwe pytania, wymagające błyskotliwych odpowiedzi, jak „gdzie się podziały tamte prywatki?” albo „o czym szumią wierzby?” ukazał w pełnym świetle słodkoidiotyzm tegorocznych pań ubiegających się o tytuł Najpiękniejszej. W końcu jak podbijano dziki zachód? Otóż w bardzo dziki sposób: na przykład ujeżdżano konie. A kto wrobił Królika Rogera? Pewno ktoś bardzo złośliwy. Sweet.

2006-08-24 00:49:01
If I am a Phantom, it is because man`s hatred has made me so. If I shall be saved, it will be because your love redeems me!”
~Erik

2006-08-27 21:44:45
Właśnie kończy się jeden z najpiękniejszych i najbardziej udanych weekendów moich tegorocznych wakacji. Właściwie, właśnie kończy mi się ostatni weekend wakacji w ogóle. Powoli uświadamiam sobie, że pozostał mi jeszcze tylko jeden tydzień na lenistwo, objawiające się wstawaniem z łóżka o dziesiątej rano, zamiast o barbarzyńskiej szóstej czterdzieści pięć.
Przez minione trzy dni, znowu udało mi się spędzić trochę czasu w towarzystwie Guni i Asiczki w Beskidach. Aś ponownie zrobiła nam swoje fantastyczne naleśniki, a ja z Gunią byłyśmy też na naszej nie mniej fantastycznej pizzy z czterema rodzajami sera w miasteczku. Zastałam na wsi pełnię sezonu jeżynowego i jedyne czego żałuję to tego, że zabrakło mi czasu na aktywne zbieractwo.
Gunia pożyczyła mi płytę własnej produkcji z muzyką filmową autorstwa Hansa Zimmera i tym samym, uzależniła mnie od soundtracku z „Piratów z Karaibów”. Nadal trzymam się zdania, że miejscami jest trochę zbyt kwiecista jak na lekką, wakacyjną komedyjkę, wyłączając może utwór o wdzięcznym tytule „Jack Sprarrow” czy „Two Hornpipes” (niezmiennie kojarzące mi się z obrazem dwóch pijanych, tolkienowskich hobbitów tańczących na stole), ale „The Kraken” czy „Davy Jones” są niezaprzeczalnie zachwycające. Swoją drogą, nigdy nie pomyślałabym, że muzyka filmowa, może brzmieć równie dobrze na płycie, co w filmie. Pamiętam, jak raz w ten właśnie sposób zawiodłam się na soundtracku z „Batmana: Początku”, który przy oglądaniu filmu wydał mi się fenomenalny, ale kiedy słuchałam go w domu, na wieży, cały urok zniknął.
Skończyłam czytać dziesiąty tom „Serii Niefortunnych Zdarzeń” Lemony`ego Snicketa. Zostały mi jeszcze dwa do momentu, w którym będę oczekiwać na wydanie ostatniego, wieńczącego sagę. Przypuszczam też, że ta książka wejdzie do kanonu dzieł, które będę czytać swoim własnym dzieciom.




lay

zrobiła Pasażerka tylko i wyłacznie dla papierowykwiat wykorzystując foto stąd (bierzcie i jedzcie z tego wszyscy)