|
maj 2006 Link :: 2006-05-04 11:11:57
Trzynaście rzeczy, którym nie mogę się oprzeć na zakupach:
1) zeszytom w ładnych okładkach
2) płytom ulubionych artystów
3) ładnie wydanym książkom
4) filmom na DVD
5) kolczykom, najczęściej tym wiszącym
6) kubkom
7) „Perełkom”, tym cudownym książeczkom ze złotymi myślami i fotografiami
8) błyszczykom
9) ramkom na zdjęcia
10) papeteriom, w szczególności tym pachnącym
11) świeczkom zapachowym
12) pocztówkom, lubię pocztówki
13) kolorowym żelopisom i długopisom
Z Aśką nie widziałyśmy się od wakacji. Kto by pomyślał, że nie widząc się blisko rok, nasze pierwsze spotkanie zacznie się od słów, akcentujących niekłamany szok wymalowany przekonująco na dwóch twarzach:
Ja: Masz proste włosy!
Aśka: Jesteś ruda!
Majówka była udana, pomimo brzydkiej pogody. Była i duża pizza, i mała pizza zjedzona nad brzegiem Soły, przy Jazie z Gunią na pół. I dalej: gorąca czekolada z szarlotką, i lody, i gofry z owocami. Był Żywiec, Węgierska Górka i Bielsko. Dużo jeździliśmy pociągami. I fajnie, że ciągle potrafimy z Gunią pół nocy rozmawiać o filmach, muzyce i książkach.
Z majówkowych doznań prozatorskich, uważam, że „Pokuta” Iana McEwana, jest książką niesamowitą i przerażającą jednocześnie. Może napis na okładce, że to największe angielskie wydarzenie literackie ostatnich lat, jest grubo przesadzony, ale i tak jestem zdania, że powieść robi wrażenie. Patrząc na całość z każdej możliwej perspektywy, w najmniejszym choćby stopniu nie czuję się zawiedziona. Przestraszył mnie sposób, w jaki bohaterowie o silnie i misternie zarysowanych, skomplikowanych charakterach, interpretowali sobie zachowania innych, tak w ogóle. Jeszcze bardziej przestraszyła mnie informacja, że filmowaniem adaptacji, miałby się zająć Peter Jackson, który obawiam się, nie zdałby egzaminu przy ciężkiej, poważnej i finezyjnie prowadzonej fabule książki, mało spektakularnym (porównując do najbardziej znanych produktów, co jak co komercyjnych z wcześniejszego dorobku), ambitnym dziele z zakończeniem, wprawiającym w pewną konfuzję. Ale z racji, żeśmy w erze kina efektywnego i widowiskowego, to miałabym problem ze wskazaniem bardziej odpowiedniej persony na stanowisko reżysera „Pokuty”. Tylko, że ja w zasadzie nie jestem znawcą, a tylko wyrażam swoje wątpliwości.
2006-05-05 12:10:41
Przeraża mnie zdolność młodych ludzi, to wypierania się i błyskawicznego zmieniania swoich zainteresowań i idoli, w obliczu wykpienia ich przez ludzi, o silniejszych i lepiej ukształtowanych charakterach i bardziej ciętym języku.
Teraz będzie coś udającego fajną pointę, dzieci. Chcę być wystarczająco dojrzałą, żeby mieć ugruntowany charakter i przestać balansować na pograniczu swojej świadomości i pseudoindywidualizmu, a ponadto nauczyć się rozróżniać moje gusta prawdziwe i gusta autozasugerowane pod wpływami z zewnątrz.
2006-05-06 13:42:15
W ogólnym, estetyczniejszym zarysie oczywiście (nie noszę przy sobie włączonego dyktafonu)
Ja: Widzisz Voldemorcik, ja bym mogła wszystko co sprawia mi radość, wszystko, co dla mnie ważne, oddać za szansę naprawienia relacji z Eksprzyjacielem. Nawet nie za pewność, mówię o szansie, nawet jednej na sto. Mam dużo do stracenia, ale patrząc przez pryzmat przeszłości, znacznie więcej do zyskania. Tym razem nie popełniłabym po raz drugi tych samych błędów. Kiedy powiedziałam o tym Gacie, usłyszałam, że nie powinnam tego robić, bo nie warto.
Czarny Pan (z serii wejście w pół zdania): I ja właściwie przyznaję jej rację.
Tak raz na trzy, cztery dni, bierze mnie na myślenie wokół tego tematu. Wcale o to nie trudno, gdy po kątach wala się pełno drobiazgów, które coś przypominają; na tablicy korkowej zdjęcia. Wnioski są coraz bardziej konkretne, z czasem stają się coraz bardziej obiektywne. Chyba przełomowym momentem, było spięcie na linii ja – Czarny Pan. Pozwoliło mi to spojrzeć na to wszystko z innej perspektywy, dostrzec swoje najpoważniejsze błędy. Chyba mogę sobie napluć w brodę, za pamiętną lutową czy marcową, metaforyczną notkę o dobijaniu relacji. Nie zamierzam się wyprzeć swojej stronniczej perspektywy, ale chyba nie musiałam się z nią dzielić w ramach publicznego blogaska, świadoma, że Eksprzyjaciel ją przeczyta i się wścieknie. Chociaż coś mi podpowiada, że moja podświadomość miała nadzieję, że ta perspektywa drugiej stronie, nie wiem, „otworzy oczy” czy coś w tym stylu. W tej chwili, kiedy sprawa w zasadzie jest już dawno zamknięta, a ja uważam, że nie warto się dalej tak bardzo zadręczać i tylko przysparzać sobie cierpień, to tylko mnie tak nachodzi czasami na mniej, bądź bardziej błyskotliwe i trafne spostrzeżenia, nie mające zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością, a raczej mające charakter wspominkowy. I widzę bardzo wyraźnie, jakie to wszystko, włącznie ze mną, było głupie. Stronnicze – tak. Subiektywne – owszem. Szczere? Myślę, że naprawdę tak myślałam, naprawdę tak widziałam i interpretowałam pewne kwestie. I głupie. Głupie, jak diabli.
Szkoda. Szkoda, że w tej chwili, kiedy wydaję się sobie ciut rozsądniejsza, ciut bardziej obiektywna i szczera względem siebie, Eksprzyjaciela i sytuacji, nazbierało się za dużo żalu, pretensji, być może tym razem naprawdę pretensji będącymi konsekwencją żalu, czyli pretensjami o nic, a w każdym razie o nic ważnego, żeby móc zapomnieć, przewinąć taśmę wstecz, może zacząć od początku. Wina leżała pośrodku, a tylko w różnych momentach przechylała się to w jedną, to w drugą stronę. Było mi trudno, przyznaję i nie uważam tego za powód do wstydu, to zakończyć. Jedna z moich zasad mówi, że pewne rzeczy są wieczne. Nie mają dokładnego początku i nie mają końca, nigdy się nie kończą. Należy do nich między innymi Przyjaźń, należy też i Miłość. Jeżeli coś się kończy, nie ważne z jakiej przyczyny i czyjej winy, to tego nigdy nie było. I to jest smutne. I tak, wiem, wiem, że wy się z tym nie zgadzacie! I jeśli mam być szczera nie obchodzi mnie to. Są ludzie, o których zawsze będę walczyć i to się dla mnie liczy. To jedna z tych rzeczy na stałe zakorzenionych w mojej osobowości, których mam nadzieję, nigdy się nie wyprę i nigdy nie zwątpię w ich słuszność. I nie ma to żadnego związku z dumą, której stratę wypominają mi Gata z Kudłatą. Jak to powiedziała Gata, bałaby się ze mną przyjaźnić, bo denerwowałoby ją ciągłe potykanie się o resztki mojej godności. Ha, ha. Nie zgadzam się z Tobą, po prostu się nie zgadzam, Kwiatku.
W pewnych momentach jednak zaszło to za daleko. Mogłabym poświęcić wszystko i wszystkich, za – podkreślam – SZANSĘ powrotu do punktu wyjścia, bez patetyczno-histerycznych scen pojednania, spokojnie z mojej strony, bez ambicji na udowodnienie swoich racji. Bo według mnie pewne rzeczy są nieśmiertelne. Tylko, że teraz to wszystko wyglądałoby jak żałosna próba... no właśnie, czego? Z serii „bo do tanga, trzeba dwojga”. Tu nawet nie chodzi o resztki mojej dumy, serio, nie zależy mi. To jedna z tych rzeczy, które rzuciłabym do rynsztoka nie oglądawszy się za siebie. Chodzi o to, że zazwyczaj kiedy ktoś mówi, że mam dać sobie spokój, bo zalatuje to – litości, nie przesadzajmy – uzależnieniem, to właśnie tak uważa. Nie widzę powodu, dla którego nawet teraz, miałabym robić coś wyglądającego na narzucanie się. Mimo wszystko mając do wyboru zły kontakt, lub brak kontaktu, wolę to drugie i jestem wielkim przeciwnikiem kłótni. Koniec to koniec. Chciałabym tylko wyrzucić do śmieci wszystko, co w jakikolwiek sposób przypomina mi przeszłość i prowokuje pisanie takich notek.
Ale byłam głupia. I może nie rozpamiętujmy tego więcej.
Staliśmy się dla siebie innymi ludźmi. I to jest naprawdę przykre. Że jednemu zależało zbyt bardzo, drugiemu w pewnym momencie przestało zależeć zupełnie i nie mogliśmy siebie zrozumieć.
2006-05-08 15:57:15
Jako uczennica pierwszej klasy elitarnego LO, poznaję, że nieuchronnie zbliża się koniec roku szkolnego, w momencie w którym:
1) obydwa biurka w moim pokoju, zasypane są notatkami, książkami, zeszytami, słownikami i innymi pomocami naukowymi
2) zaczyna brakować mi czasu na takie rzeczy jak kino, teatr czy dobra książka
3) kładę się spać o trzeciej nad ranem, a budzę się przed szóstą zastanawiając się, czy zostało mi coś co muszę powtórzyć albo odrobić
4) co pół godziny łapię za kalkulator i upewniam się, czy na pewno moja średnia wychodzi 4.6
5) co pół godziny analizuję swoje szanse na ocenę celującą z polskiego
6) jednocześnie przeżywam nieziemski stres w związku z faktem, że Gata jest najlepszą uczennicą w swojej szkole i ma cholerną średnią powyżej cholernego 5.0
7) właściwie zaczynam się szybko i efektywnie uczyć, przez co w efekcie wiem, w którym roku była krucjata dziecięca i co wchodzi w skład moczu pierwotnego i zapamiętuję to na dłużej niż do sprawdzianu
8) jestem zdolna do napisania pracy konkursowej z pogranicza historii i języka polskiego w dwie godziny, trochę po północy
9) cieszę się, kiedy mam coś do zaliczenia jednego dnia z dwóch przedmiotów, a nie z pięciu
10) słowo „weekend” kojarzy mi się z możliwością odrobienia wszystkich zadań na najbliższy tydzień
11) między kolejnymi zadaniami z matematyki dochodzę do wniosku, że przy takim tempie i intensywności niezwykle efektywnej pracy, mogłabym pójść na profil mat-kwadrat i podołałabym!
12) po odrobieniu piętnastego zadania z angielskiego, z przerażeniem odkrywam, że przestawiłam się na ten język i mówię w tymże do Ammadżi
13) kiedy nakładam sobie obiad, przypominam sobie, że właściwie nie jadłam śniadania
14) po zgłębieniu się w ten problem dochodzę do wniosku, że kolacji dzień wcześniej też nie pamiętam
15) nie bywam głodna
16) ale wypijam zdecydowanie za dużo mocnej herbaty
17) mam niepokojąco realistyczne wrażenie, że widzę inną rzeczywistość
18) długie przerwy wykorzystuję rekreacyjnie na czytanie
19) to samo z podróżą autobusem do i ze szkoły
20) nagle zaczęłam stosować chorobliwej długości zdania złożone
21) rozpaczliwie przepisuję całoroczne notatki do zeszytów z ładnymi okładkami, stosując efekty estetyczne kolorowych długopisów i zakreślaczy
2006-05-08 17:15:58
To co się ze mną dzieje jest wbrew wszelkiej logice. Rozrywają mnie sprzeczności, uczucia i wypełnia przerażająca świadomość, że mogłabym sprzedać nawet duszę diabłu za możliwość cofnięcia czasu. Czemu to wraca? Czemu nie mogę zapomnieć? Pomimo upływających dni, to nadal boli. Jestem nielogicznym zlepkiem chaotycznych uczuć. Bo przecież przestałam to przeżywać w spazmatyczny i histeryczny sposób, ale przestać przeżywać to emocjonalnie, nie znaczy zapomnieć, nie znaczy przestać kochać. Chociaż teraz „kocham” brzmi, jak jakieś cholerne nieporozumienie. Przeraża mnie to, że chyba krzywdzę tym jednym, w zasadzie jednostronnym przywiązaniem tych wszystkich, którzy o nie zabiegają, którym na mnie zależy, pomimo wszelkiego zła i nieporozumień jakie kiedykolwiek miały miejsce, a którym nie mogę przecież powiedzieć tak po prostu, że ja nigdy więcej nie chcę się tak wiązać emocjonalnie z jakimkolwiek człowiekiem i że zawsze będą na drugim miejscu. Że się boję, że się po prostu, po ludzku boję przeżywania tego wszystkiego raz jeszcze.
Uczenie się na własnych błędach, jest największą porażką funkcjonowania ludzkiego umysłu. Pewnych błędów po prostu nie można poprawić, więc super, że wiedza pozostaje na przyszłość, ale jakie to okrutnie niesprawiedliwe, że ta przyszłość nie obejmuje już pewnych ważnych kwestii, ważnych, naprawdę ważnych ludzi. W zasadzie dochodzę do wniosku, że nie powinno się pozwalać młodym ludziom nawiązywać aż tak ważnych dla nich przyjaźni, a tylko uczyć ich metodą prób i błędów poprawnego zachowania względem ludzi, na płytkich acz sympatycznych relacjach kumpelskich. Kocham tego człowieka. Pomimo wszystko. Pomimo łez, nad którymi nie zawsze potrafię zapanować, pomimo niemożliwej ilości moich błędów, które być może świadczyły swego czasu o tym, że mam to wszystko gdzieś, że mi nie zależy. Chociaż zależało. Nie mogę powiedzieć „trudno” i pójść dalej. Niech to dla was będzie głupie, naiwne, dziecinne, histeryczne, nie wiem – dopiszcie sobie, ale to jest tylko smutne. I choćbyście powtarzali mi, że „ej no słuchaj Yahoo, nie warto tak, bo to teraz nie Ty masz wszystko w głębokim poważaniu” i dwieście razy na dzień, nie przemówi to do mnie. Bo to moja pamięć podsuwa mi pryzmat, przez jaki patrzę na to wszystko. Przez uśmiechy, drobiazgi, rozmowy, to cholerne „kocham Cię”, które może w tej chwili jest po prostu ładniej brzmiącą wersją lubienia, nic wielkiego. Tylko jaka ja byłam głupia, jaka uparta, jak przeświadczona o tym, że „wiem lepiej”, skoro do tego doprowadziłam. Nie mogę. Nie mogę się z tym pogodzić, chociaż wiem, że robię sobie tym krzywdę. Oho, patosik. Nie wiem, dlaczego jeszcze jakiś czas temu żywiłam przekonanie o nieśmiertelności pewnych relacji i że prędzej czy później... W każdym razie byłam w jakiś sposób przekonana o tym, że będę górą. Jasne, ok, przeproszę i po krzyku, przecież nic się nie stało. Jednak się stało. A z obowiązku przeprosin, ewoluowała propozycja dla pana z widłami i kotłem pełnym smoły dotycząca mojej duszy. Mogłabym oddać naprawdę wszystko i pewno zawsze, niezależnie od tego, jak wielu przyjaciół będę miała i jak daleko uda mi się zajść, będę w stanie powtórzyć te słowa, świadoma konsekwencji jakie za sobą niosą.
Jest mi naprawdę źle, naprawdę ciężko. I nie nazywam tego, czy na spokojnie, czy w płaczu, uzależnieniem. Bo nawet nie chodzi o to, jak strasznie mi go brakuje, w SMSach, rozmowach na gadu, spacerach, planach na wakacje w Cięcinie. Naprawdę nie tylko o to. I jestem przekonana o tym, że nie żałowałabym tej decyzji, gdyby ktoś z góry przystał na moją propozycję, uczciwą wymianę wszystkiego co posiadam za tego, konkretnego Przyjaciela, bo dużo się nauczyłam, dużo zrozumiałam. I wiem, że w jeden dzień, tydzień, miesiąc nie zmieniłabym obrazu siebie, jaki się zakodował – obrazu kłamcy, zdrajcy, oszusta, sztucznego, plastikowego dwulicowca, który owszem, był zasłużony. Ale pewnego dnia, na pewno udałoby mi się to zmienić. Jestem o tym przekonana.
2006-05-09 15:16:34
„Szczęśliwa. Tak. Może trochę przesadzam. Jest mi tylko niedobrze.
Swoją drogą, to wisisz w powietrzu jak niewidzialny, duszny pył.
Wszędzie Cię słyszę.
I nigdzie.
Wazon stoi tutaj, bez potrzeby.
Ja się zarzekam, że nie dotknę w myślach problemu.
A się do niego przytulam.
Co bym nie napisała, i jak cicho bym nie powiedziała, będzie podświadomie wrzeszczeć i będzie czytane dużymi literami.
Po co Bóg was stworzył?
Co bym nie napisała, to będzie źle ujęte, wszystko będzie źle.”
(z bloga Pafrov)
2006-05-10 15:45:06
Wpis na mojej karcie zdrowia informuje, że nie wolno mi uczestniczyć w zawodach i sprawdzianach sportowych, a ja meble w pokoju przestawiam. Nie, żebym popierała ideologię feministyczną, absolutnie, ale termin „słaba płeć” wywołuje u mnie łagodny, sarkastyczny uśmieszek. Więc przestawiam. Żeby się zrobiło jaśniej, przestronniej i słoneczniej. Chociaż i tak nie lubię swojego pokoju i tej okropnej, masywnej meblościanki, której ni w ząb nie da się przesunąć, nie mówiąc już o przestawieniu jej w inne miejsce, a o wymianie na coś zgrabniejszego rodzina nawet nie chce słyszeć. A moja coparomiesięczna zabawa w dekoratora wnętrz, nie ma nic wspólnego z feng shui, czy innym nurtem orientalnym, ale raczej poszukiwaniem ustawienia, w którym będę się czuła dobrze dłużej, niż dwa miesiące.
Przy okazji wyrzucam, odkurzam, ścieram kurze i porządkuję szuflady. Znalazłam worek pełen ślicznych pocztówek i chcę je poukładać w kompozycje, zamknąć w antyramach i powiesić na ścianach w kuchni na wsi. Ostatnio, ten dom stał się moją największą pasją i ciągle kombinuję, szukając ciekawych rozwiązań na wykorzystanie pomieszczeń, które aktualnie funkcjonują na zasadzie rozwiązań tymczasowych. Mam plany. Mnóstwo planów! Wiem, że na górze w dużym pokoju będzie biblioteka, co do tego jestem pewna. Będzie to rodzaj rekompensaty, za pokój z tak małą ilością półek, że nie mam już gdzie ustawiać moich coraz to nowszych nabytków.
Nie wiecie co mi kupić na dzień dziecka? Ramki na zdjęcia. Mam dużo, dużo zdjęć, którymi chciałabym obstawić biurko z komputerem, a nie mam ich w co włożyć. A fundusze nie pozwalają mi aktualnie na ramkowe szaleństwo zakupowe. W zasadzie moje aktualne fundusze nie pozwalają mi na żadne szaleństwo zakupowe.
Oglądam te pocztówki, sprzątam, segreguję papiery, wieczorem mam w planach zredagować swoje notatki z biologii, zajrzeć do zeszytu z matematyki. Wystawiłam sobie organy, więc mogę sprawdzić, czy pamiętam jeszcze jak się gra. Jutro po lekcjach jadę kupić zasłony, bo okna skierowane na wschód, pozbawione zasłon, bywają kłopotliwe. Szczególnie w sobotnie poranki, kiedy moim największym marzeniem, jest się w końcu wyspać, a tu mi słońce to uniemożliwia.
Przeczytałam i podeszłam do ich treści racjonalnie, moje dwa ostatnie wpisy, przesycone tą okropną spatetyzowaną emocjonalnością. Nie wierzę, że napisałam „kocham pomimo wszystko”. Sądzę, że w tym zwrocie zawarła się cała moja niedojrzałość, całkowite zaufanie dla potęgi emocji, które utożsamiają piękno i smutek, jaki można przelać na papier. Pozornie szczere. Kiedy pisałam te słowa, zdawałam sobie sprawę, z natłoku błędów, słów, których nie można cofnąć, ale jednak negowałam to. Negowałam złość i smutek słowem „kocham”. I na tym powinnam przestać, bo to „pomimo wszystko” to powrót to punktu wyjścia, powrót do pretensji i żalów. Chcę się zatrzymać na jednym słowie „kocham”, kiedy będę wspominać tego człowieka. Nie dlatego, że było dobrze. I nie pomimo tego, że tyle złego się wydarzyło pomiędzy nami. Sądzę, że w tym przypadku mogę użyć argumentów bo tak i po prostu. I to będzie tłumaczyć jeżeli jeszcze nie wszystko, to przynajmniej bardzo wiele.
2006-05-11 12:21:17
Mając jedenaście lat, czyli będąc dziewczęciem obejmowanym pojęciem nastolatki, tylko modelem pozbawionym biustu i umiejętności zrobienia sobie czarną kredką, w miarę prostej linii pod okiem, liczyłam, że jako szalona szesnastka, będę pędzić żywot przypominający niekończące się fotostory. Mając jedenaście lat, czytywałam „Naszą Miss” i wiedziałam, jak poderwać faceta w dziesięć minut dwudziestoma sposobami na udany flirt, do których zaliczała się chociażby sztuka seksownego kręcenia tyłeczkiem, którego ostatecznie mając lat jedenaście nie posiadałam. Miał być facet z włosami na żelu, którego miałam rzucać dwa razy w tygodniu, bo mu się zdarzyło kumpelce w dekolt spojrzeć. Miały być psiapsiółki, takie co są lepsze niż terapia antydepresyjna, bo zapewniają ciągły dostęp do czekolady, przycinają rozdwajające się końcówki i pożyczają wypasione bluzeczki. No i jakby nie patrzeć, ani plakatu Britney na ścianie, ani prenumeraty Bravo, ani serii „Nie dla mamy, nie dla taty, lecz dla każdej małolaty” w biblioteczce. Ani nawet Tokio Hotel, którzy są jak tania odzież – importowani z zachodu. Ostatecznie, to do Bozi pretensji o jakość mojego dekoltu też nie mam. Mając jedenaście lat, wyobrażałam sobie Fraulein Y., jako dziewczę w biodrówkach, ukrywające przed Ammadżi kolczyk w pępku i tatuaż z henny, dla której największym problemem byłby szlaban na imprezę, albo coś innego w tym guście. A że koleje losu są nieznane jedenastolatkom, podobnie jak brak daru jasnowidzenia, to skąd mogłam wiedzieć, że ja na imprezy chodzić nie będę, bo głośną muzykę, to ja raczej tylko na koncercie. O ile imprezowe przeboje, można do muzyki przeze mnie preferowanej zaliczyć. A nawet gdyby, to nie lubię do niej dygać, wykonując zbliżone do kopulacyjnych ruchy biodrami. Lubię tańczyć. Kiedyś nawet umiałam to robić, teraz ciężko mi samej stwierdzić, a przy obcych się wstydzę. Nawet Szymborskiej nie lubię, bo ją protekcjonalność zbyt wielkiej ilości blogusiów pochłonęła. Mając jedenaście lat, liczyłam, że będę grać pierwsze skrzypce w towarzystwie, a umiejętnością gry na pianinie, będę wrażenie robić. Zamiast tego gram na nerwach tym inteligentniejszym ode mnie, swoją imitacją oryginalności i niedojrzałością w ogóle. Dla mądrych zbyt głupia, dla głupich zbyt mądra.
Mając szesnaście lat i istniejąc jako Fraulein Y. w polskim internecie, im bardziej staram się być zalotnie autentyczną intelektualistką o lekkim piórze, im bardziej wypływają na wierzch wszelakie zgrzyty. Czasami mam wrażenie, że o mojej wiedzy praktycznej z zakresu poprawnego wykorzystywania możliwości stylistyki języka polskiego, świadczy jedynie umiejętność użytkowania problematycznego bynajmniej. No i jeszcze upraszczam sobie Freuda do własnych teorii, równie powalająco dojrzałych jak i cała moja szesnastoletnia egzystencja.
Dobra Boziu wszystkich literatów, spraw, żebym kiedyś była do przełknięcia przez autorytety lekkiego pióra i bogatego słownictwa, w swoich zapędach do słowa pisanego, amen.
2006-05-12 15:39:51
Wracając od Gaty, zostałam uprzejmie poinformowana przez pewnego Miłego Młodego Człowieka, że z uwagi na jakość moich cycków, chętnie by mnie przejebał. Plusy tego zdarzenia są takie, że nie muszę się nie martwić o ciągłość mojego rodu, bo to nie bocian, wbrew obiegowej opinii, troszczy się o demografię. Minusów jest znacznie więcej.
Zupełnie na serio, najadłam się strachu na odcinku pomiędzy gimnazjalną placówką edukacyjną, a domem moim, gdzie z jednej strony krzaki, z drugiej strony krzaki, a Miły Młody Człowiek, przeszedł za mną na drugą stronę ulicy. Miły Młody Człowiek miał rower, a przypominam, że ja nie tylko bez roweru, ale jeszcze bez kondycji od Gaty wracałam. Ponadto, Miły Młody Człowiek miał żar, zwany pożądaniem w oczach, a jego pewne detale anatomiczne świadczyły, że faktycznie byłby zdolny mnie przejebać tu i teraz. Oczywiście, jak bywa w takich momentach, ani żywego ducha w okolicy, a moje alter-ego wrzeszczy, żebym nie traciła zimnej krwi, i poczuła się jak Chuck Norris, zasadzając skurwielowi kopa z półobrotu. Anyway, nie umiem zrobić kopa z półobrotu, a w każdym razie nigdy nie próbowałam. I w żaden sposób nie przypominam Chucka Norrisa. Tak sądzę.
Czasami sądzę, że naprawdę przyciągam zboczeńców. Gwoli uściślenia prawie wyłącznie zboczeńców, bo niewielu pamiętam fajnych facetów, którzy byli w jakikolwiek sposób zainteresowani, chociaż nie traktuję tego jeszcze jako wielkiego problemu zakrawającego o zapowiedź staropanieństwa. W swoim szesnastoletnim życiu, ze specjalnym uwzględnieniem ostatnich trzech lat, kiedy jak to ładnie określają nauczyciele WDŻetu w podstawówkach „zaczęłam przypominać kobietę”, spotkałam wielu napaleńców, którzy uraczyli mnie informacją dotyczącą okoliczności w jakich by mnie przejebali, jakkolwiek specjalnie mi to nie pochlebia. Właściwie w ogóle mi to nie pochlebia. I nie przeczę, że przygody przypominające prolog do jakiegoś filmu porno, wywołują u mnie skoki ciśnienia, plus nasilenie moich dolegliwości kardiologicznych. No i cóż, z racji że nie mam pomysłu na zgrabną pointę z wnioskiem i morałem, dzisiaj zgrabnej pointy z wnioskiem i morałem nie będzie.
2006-05-13 18:55:59
Osoba Romana Giertycha jest najbardziej niesamowitym fenomenem polityczno-społecznym, jaki dany mi było do tej pory zaobserwować, choć zapewne byłabym w stanie wymienić ich więcej, gdyby tylko moje zainteresowanie polską sceną polityczną, sięgało dalej, niż do zapowiedzi kolejnych odcinków programu Tomasza Lisa. Roman Giertych, metaforycznie rzecz ujmując zastał szkolnictwo drewniane, a chce zostawić murowane, przy czym plany jego przypominają taktykę statystycznego, przeciętnie zdolnego maturzysty, który liczy na osiągnięcie spektakularnych wyników na egzaminie dojrzałości, dzięki intensywnej pracy trwającej nie dłużej, niż od studniówki, a w bonusie miał tchnąć w polską młodzież patriotyzm i bogobojność. Plus dopieszczenie grona pedagogicznego podwyżką do siedmiu procent, co nie jawi się ani mnie, ani Ammadżi, reprezentantce tegoż zawodu, specjalnie przekonującą co do kompetencji Romana Giertych górą złota. Na szerzenie patriotyzmu i bogobojności dajmy Romanowi czas, ale fascynujące, jak losy IV RP wpłynęły na zainteresowanie polskiej młodzieży, rodzimą sceną polityczną, wyrażające się w odkrywczych wnioskach i aktach protestu zamieszczanych na blogach i w dyskusjach, gdzie raz po raz w inne słowa ubiera się dowcipy o kaczkach, Młodzieży Wszechpolskiej i karach cielesnych, maturze z religii i zasypywaniu lotnisk zbożem, przez obywatela Endrju, o opaleniźnie bardziej zjawiskowej, niż u niejednej siksy, eksponującej spod przykrótkiej bluzeczki niewiarygodnie seksy brzuszek, któremu przydałaby się liposukcja. Roman Giertych, pewno jeszcze nie zdążył odebrać wizytówek z informacją o zajmowanym aktualnie stanowisku, ale zdążył w zapewne paranormalny i trącący telepatycznymi zdolnościami sposób, przekonać najwyraźniej wybitnie zorientowaną w tej kwestii polską młodzież, że nie nadaje się na ministra edukacji.
Tymczasem u Fraulein Y. bez zmian. Nadal jestem zadziwiająco bogobojna, kiedy tylko istnieje ryzyko pójścia do odpowiedzi i nadal wymagają ode mnie teorii Darwina na biologii. I w zasadzie chciałam iść na marsz przeciwko Romanowi Giertychowi z ciekawości, ale kiedy pojawiła się propozycja zakupów uwzględniająca instytucję Empiku, to zapomniałam o swoim obywatelsko-nastoletnim obowiązku i na marsz nie poszłam.
Tymczasem jak się okazuje, nawet robiąc zakupy w Empiku, można spotkać gwiazdy „europejskiego formatu”, którymi w tym przypadku był wielki duet polskiej sceny muzycznej Tola i Ala, czyli fenomenalne Blog27. W momencie, w którym zobaczyłam te wielkie gwiazdy, mijające mnie o jakiś metr, szukałam „Gnoju” pana Wojciecha Kuczoka i tylko ostrzegłam Ammadżi, akuratnie walczącą z pokusą kupienia sobie „Osobowości ćmy”, żeby zasłoniła dłońmi uszy. Ammadżi, która muzycznie zatrzymała się na etapie Mazowsza, nie pojęła wagi wydarzenia, że oto w tłum rozhisteryzowanych dwunastolatek czyhających na autograf, wchodzi słynne Blog27, polecenia nie wykonała. Kiedy więc pomiędzy empikowskimi półkami przetoczyła się fala dźwiękowa, w połączeniu szoku i przerażenia chwyciła się za serce. Ja w tejże samej chwili z satysfakcją stwierdziłam, że wrzaski to w przewadze skandowane „an-ty-fani! an-ty-fani!”, a grupa na oko szesnastolatek przy regale obok, zaintonowała kultowe „bum czika bum” i zaczęła się dławić ze śmiechu. Co nie zmienia faktu, że tłum dziesięcio- dwunastoletniej szarańczy napierał i po dziesięciu minutach fenomentalne Blog27 w otoczeniu ochroniarzy uciekło na zaplecze (oczywiście znowu minęły mnie o mniej niż metr, więc jeżeli istnieje prawdopodobieństwo, że rozwiane włosy którejś z nich, smagnęły mnie po ramieniu, mam szansę na zostanie relikwią) i przemówił menager czy inna szara eminencja, że jeżeli tłum się nie odsunie, to Tola i Ala płyt podpisywać nie będą. Oczywiście w myśl, że „kujmy żelazo, póki gorące”, to fenomenalne Blog27 podpisywało wyłącznie oryginalne płyty, a o kartkach czy zdjęciach nie było nawet mowy. W związku z powyższym szarańcza narodu polskiego, zrobiła w tył zwrot i ruszyła pędem po reedycję płyty nieprzeciętnie zdolnych Toli i Ali, za jedyne trzydzieści pięć złotych polskich, przez co Ammadżi w panice stwierdziła, że nie chce umrzeć przez stratowanie i nie czekając, aż się zdecyduję, zapłaciła za Kinga, Tryznę i Kuczoka (a w początkowym zamyśle, miałam wybrać sobie tylko jedną) i rzuciła się do ucieczki. Fękju, Blog27.
2006-05-18 21:16:26
Drogi Eksprzyjacielu
Wróć. Kochany Moony.
Nie zamierzam kolejny raz przepraszać Cię za kłamstwo. Za to już przepraszałam, chociaż wiem, że trudno Ci wierzyć w szczerość tych przeprosin. Dzisiaj powiedziałam słowa łudząco przypominające Twoje: „nie jestem pewna, czy chcę mieć więcej do czynienia z kimś takim jak Ty”, więc mogę powiedzieć, że po raz kolejny doświadczyłam tego uczucia, jakie musiało Ci towarzyszyć w marcu. Tym razem chcę Cię przeprosić za obietnice bez pokrycia, przepraszanie pozbawione jakichkolwiek dowodów na to, że naprawdę było mi przykro, że żałowałam i za to, że zapewne miałeś rację mówiąc, że „ciągle powtarzam te same błędy i niczego się nie uczę, pomimo kłótni”. Miałeś rację. Jest mi strasznie głupio, bardzo wstyd, że patrzyłam na to wszystko tak bardzo egoistycznie. Że chciałam pewne rzeczy ustawić według wygodnego dla siebie scenariusza. Że odstawiałam syndrom wesołego miasteczka, chociaż to raczej kwestia głupoty, niż faktycznej poważnej winy. A także za to, że może faktycznie dałam Ci powód do uznania, że „zachowuję się tak, jakby mnie to zupełnie nie obchodziło”, bo rzeczywiście obrałam wygodne stanowisko pod szyldem „o co Ci chodzi, przecież nic się nie stało!”. Ironią losu, przez takie właśnie podejście stało się stanowczo zbyt wiele i zbyt wiele strasznych słów padło, żeby to puścić w niepamięć, tylko widzisz, myślę, że zmieniając pogląd na bardziej obiektywny, wymazałam też, choć może to nie jest najodpowiedniejsze słowo, część swoich wad. Mam nadzieję. Tym razem chcę przeprosić za to, że z chwilą, kiedy obwiniałam Cię o wszystkie wcześniejsze problemy, nie zdawałam sobie sprawy, że pretensje szły z Twojej strony, bo to ja Cię prowokowałam. Zatem przepraszałam Cię za każdym razem szczerze, tylko nie zdawałam sobie do końca sprawy, za co. Więc teraz, chociaż już dawno jest może za późno, przepraszam nie za tę ostatnią, metaforyczną kroplę przelewającą czarę goryczy, ale za wszystkie kłótnie po kolei i za to, jak okrutnie musiało Cię boleć moje nastawienie „o co Ci właściwie chodzi?”, niezależnie od tego, jak bardzo banalnie by to nie brzmiało.
Może jest za późno.
Chociaż ciągle jakaś część mnie ma nadzieję, że nie. Bardzo Cię kocham.
Czarny Panie
Dziękuję Ci, że na swoim przykładzie, dzięki przypadkowej sytuacji zamiany ról, pokazałeś mi moje oblicze sprzed trzech miesięcy. Oblicze osoby, która mówi „przepraszam”, na wzór i podobieństwo żalu za grzechy, pozbawionego mocnego postanowienia poprawy, ale nie bierze na siebie odpowiedzialności za to słowo i nic nie zmienia w swoim postępowaniu, przekonana, że wina leży po drugiej stronie. Która przeprasza – cytując – „bo skoro mam się o to rzucać”, to tak jest wygodniej. Osoby, która będzie obstawiać przy swoim, mając tę świadomość, że ta strona, która się „rzuca” prędzej czy później odpuści. Tym razem nie odpuszczę. Zawiodłam się. Nie jestem wściekła. Po prostu się zawiodłam. Nie jestem obrażona. Po raz kolejny się zawiodłam. Po raz kolejny „nic się nie stało”. Smutno mi, że się zawiodłam. I to był ostatni raz. Nie ma, stracone. Dałam Tobie, chociaż nie – dałam Nam szansę po ostatnim tego typu akcie chamstwa i gołosłowności. A tymczasem po Tobie to wszystko spłynęło jak po kaczce. Ale zanim pójdę, chciałabym powiedzieć Ci, żebyś przepraszał z przekonania, uczył się na błędach i że życzę Ci tego, żebyś kiedyś znalazł się po mojej stronie i powiązał fakty. Idź i nie grzesz więcej. I tym razem to nie ja wyciągnę pierwsza rękę.
2006-05-20 10:46:53
Część pierwsza – ogłoszenia duszpasterskie
Zacznijmy od tego, że napisałam wczoraj samodzielnie, pierwszy raz w życiu reakcję redoksową. Ponadto, reakcja redoksowa była napisana poprawnie. Gata, be proud of me. Secundo będzie takie, że zapraszam serdecznie na mój wernisaż, który poprowadzi ze mną moja siostra z wyboru Dominika, w terminie o wiele bliższym od tego, jaki by nam odpowiadał.
Część druga – krytyka jest względna
Pamiętam taką bajkę, z tradycyjną obsadą biednej, pięknej, kopciuszkopodobnej Fraulein, księciem z bajki, dwiema przyrodnimi, asympatycznymi siostrami i macochą, która znęcała się nad biedną, piękną, kopciuszkopodobną Fraulein. W finale, książę zapytał się macochy, jak by ukarała osobę, znęcającą się nad innym człowiekiem, a macocha odparła coś o przywiązaniu za kostki do nóg konia, a potem puszczenie zwierzęcia galopem. W zasadzie książę był bliski wydania tego wyroku na macochę i dwie asympatyczne siostry, ale biedna, piękna i – jak się okazało – miłosierna i nieprzyzwoicie dobra Fraulein go powstrzymała. Teraz przeniesiemy ten spektakularny akt wydania wyroku na samą siebie, na płaszczyznę życia panny Y., wprowadzając tylko nieznaczne poprawki natury kosmetycznej.
Ci ludzie chcą dobrze. Krytykując postawę Czarnego Pana, może myślą, że życzą mi dobrze, że pomagają mi podjąć „właściwy wybór”, o ile można w tym kontekście posłużyć się takim zwrotem, nie wiedzą jednak, że krytykują mnie. Może nie mnie z dnia dziewiętnastego maja dwa tysiące sześć, ale jednak to nadal jestem ja. Ci ludzie chcą dobrze, lecz w rzeczywistości utwierdzają mnie w przekonaniu, że mam powody, żeby wstydzić się za siebie, nawet, jeżeli pewne kwestie pozostają sprawą bardziej kompromitującego gówniarstwa, niż celowo bolesnej, zamierzonej złości. To nie zmienia pewnych faktów. To tylko stawia mnie w innym świetle. Ze „złej”, przeszłam na „głupią”. Może to nawet trochę pocieszające. Może nieznacznie usprawiedliwiające. Może..?
A może Kudłata ma rację, mówiąc, że „daję się ranić przez ludzi, którzy mnie olewają, a tych którym na mnie zależy chyba nie zauważam”. Tylko nie mówmy może lepiej o olewactwie. Bo to nie jest olewactwo.
2006-05-22 20:43:44
Słomiana sierotka, czy też miss Y. sama w domu. W praktyce odtwarzacz CD głośno gra, kuchnia już uprzątnięta po nieprzewidzianej eksplozji popcornu i przez chwilę czułam się i zachowywałam się jak żeńska wersja Toma Cruisa w jednej z pierwszych scen „Ryzykownego interesu”. Robię dużo lepsze frytki niż Ammadżi, i jajecznicę, a i popcorn nawet też.
Byłyśmy wczoraj na spacerze z Kudłatą. Widziałyśmy niezapominajki, poparzyły nas pokrzywy i obdarłam sobie łydki w trakcie przechodzenia przez płot. Au. O proszę i voila, słowo zbudowane z samych samogłosek, choć mi w klasie pierwszej szkoły podstawowej tłumaczyli cierpliwie, że takiego słowa skonstruować się nie da.
Tymczasem wernisaż nabiera realniejszych kształtów. Wiem już, że będę opowiadać o fotografii, sztuce rysunku i motywach malarstwa w literaturze, a Dominika o sztuce malowania akwarelą i pastelami. W tych technikach będą wykonane prace w formacie a2, które lada dzień zawisną w antyramach, na kilku metrach kwadratowych, wielkiej, pustej ściany biblioteki. Widziałam dzisiaj wersje robocze i uważam, pomimo tego iż nie czuję się osobą kompetentną, do oceniania czyichś prac plastycznych, że są wspaniałe i dziewczyny naprawdę mają talent. Nie mogę wprost doczekać się efektu końcowego.
2006-05-26 16:24:14
Za wolność waszą i naszą, tajemniczy rebeliant, być może występujący w liczbie mnogiej, plakaty tajmsem dwudziestką około, na tle białym, jak ten orzeł na godle, po korytarzach licealnych rozwiesił. Że „najpierw będzie uniformizacja, a potem sterylizacja”. Że zrobią z nas szarą masę, a następnym krokiem będzie zrobienie nam jednakowych twarzy, a w ogóle, to wszystkiemu winien jest z nie do końca znanych mi przyczyn Roman Giertych, choć przecieki dotyczące mundurków, na długo przed osobą Romana Giertycha zajmującą stanowisko ministra oświaty krążyły. Mnie ogółem sprawa jawi się, jako problem młodzieży alternatywnej, która nie potrafi się wyrazić inaczej niż przez metkę, apaszkę, takie-a-takie spodnie, takie-a-takie spódniczki, bluzeczki, sweterki i inne takie też, a że moda na styl panny Avril minęła, to młodzież alternatywna mojej płci, buntuje się przeciwko krawatom. Wszczynane są więc kolejne dyskusje, będące jedną wielką parafrazą dziadostwa pani profesor od historii (Złotego Wykładowcy 2005 swoją drogą), że niby spódniczki za krótkie i jak to teraz będzie, bo nogi trzeba będzie codziennie golić i w ogóle, a te guziki przy marynarkach to jak kluski wyglądają, biała bluzka to kpina, bo jak to tak, biała bluzka noszona pięć dni pod rząd jak ona potem będzie wyglądać, a to wszystko ma być uszyte ze sztruksu, więc też się komuś nie podoba, a Sfeminizowane Jajniki (cokolwiek to jest) wieszają pełne oburzenia plakaty na tablicach korkowych. „Wybraliśmy szkołę bez mundurków!” krzyczą jak jeden mąż, a w każdym razie w ogromnej przewadze uczniowie tego liceum, co jest elitarne i najlepsze, i gościło ogólnopolską olimpiadę geograficzną, ale nie ma cywilizowanej szatni.
Koncepcję wprowadzenia potocznie zwanych mundurkami uniformów szkolnych, od samego początku istnienia przecieków w społeczeństwie uczniowskim popierałam. Aczkolwiek idea owych uniformów wykonanych ze sztruksu, zdecydowanie nie jest fajna. Jeżeli nasuwa się wam pytanie o kolorystykę, to bluzki i koszule mają być białe, zaś marynarki, krawaty, spodnie i spódniczki granatowe. I znowu wtrącam aneksik, gdyż dół uniformu szkolnego obowiązkowy nie jest. No i ze względu na indywidualne upodobania kolorystyczne, społeczności uczniowskiej tonacja granatowo-biała nie odpowiada. I znowu dzielę się z państwem swoim stanowiskiem co do kolorystyki granatowej, wyrażonym w dosadny, acz kolokwialny sposób: wisi mi to. Jakkolwiek granatowy kostiumik ze sztruksu (to mi już nie wisi) za zaokrąglone dwieście złotych polskich, to trochę dużo, nawet jeżeli żyję ze świadomością, że szkoła też trochę do tego interesu dołożyła. Za zaokrąglone dwieście złotych polskich dostanę spodnie, spódniczkę, która jak wieść niesie ma falbanki, bluzkę, krawat, kamizelkę i marynarkę, co nie zmienia faktu, że wolałam dwieście złotych polskich wpakować w budowę jakiejś mniej prymitywnej szatni, tudzież w antyramy, bo wszystkim koncepcja wernisażu się podoba, co nie zmienia faktu, że nie możemy się doprosić antyram. A w zasadzie na chwilę obecną antyram w liczbie pojedynczej. Wróćmy jednakże do kwestii mundurków nieszczęsnych, której tyczy się skromny, acz rażący fakt, że zdawało mi się, że żyjemy w społeczeństwie demokratycznym, a w demokracji chodzi wszakże o to, żeby nam jakąś alternatywę przedstawić. Alternatywę inną od tej: „nie musicie nosić tych mundurków, tak samo jak nie musicie chodzić do tej szkoły”, która sprawę teoretycznie przesądziła i jednocześnie wywołała plagę manifestów Sfeminizowanych Jajników i innych stowarzyszeń/jednostek niepotrzebne skreślić, którzy będą walczyć z systemem, mundurkami i przy okazji Romanem Giertychem, bo niechęć młodzieży do Romana Giertycha nadal aktualna.
I znów akapit, nowa myśl, tycząca się wypowiadanego statystycznie co pięć minut, tonem pełnym oburzenia wyrażenia „szara masa”, z czego epitet ma charakter czysto metaforyczny, z racji właściwej i powszechnie już znanej kolorystyki mundurków. Jeżeli ów szara masa, która od przyszłego roku otaczać mnie będzie ciasnym pierścieniem, ma mnie ochronić od widoku istot podobnych obywatelce z klasy równoległej, która identyfikuje się z subkulturą metali w taki sposób, że ogromna ilość aluminium czy innych stopów na niej wisząca, jest odwrotnie proporcjonalna do ilości materiału, zużytej na jej fatałaszki, to ja mam zasadniczo coraz mniej przeciwko. W gruncie rzeczy to „wyrażanie się” poprzez ubiór zawsze mnie śmieszyło, a wręcz posunę się do stwierdzenia, że prawdziwe indywidualności nadal będą zauważane, w przeciwieństwie do tych pseudoindywidualistów, którzy bez konkretnego koloru czy fasonu, nagle okażą się faktycznie „szarzy”. Zdając sobie zatem sprawę z tego, że jedynym wyznacznikiem ich oryginalności jest strój, a co za tym idzie, po wprowadzeniu mundurków pożądana przezeń iluzja niepowtarzalności pryśnie, zaczęli się oburzać, protestować, drukować plakaty i skandować spanikowane hasła, które – mam nadzieje – obejdą dyrekcję tyle, co mnie moje oceny z fizyki.

2006-05-29 19:26:12
Pięćdziesiąt sześć powodów dla których nie jestem pełnowartościową kobietą, czyli kpina ze stereotypów. Albo pięćdziesiąt sześć rzeczy które chcieliście wiedzieć o Fraulein Y., ale baliście się zapytać.
1. Zawsze mam się w co ubrać.
2. Nie mam kompleksu małego biustu.
3. Odchudzanie się nigdy nie było moją mocną stroną.
4. Nie przeżywam wielkich i podniosłych, przy czym najczęściej zupełnie bezowocnych zakochań, które niosą za sobą płakanie w poduszkę i żalenie się przez telefon Towarzystwu Wzajemnej Masturbacji Emocjonalnej.
5. Umiem chodzić na obcasach.
6. Obgryzam paznokcie. Głupi nałóg.
7. W życiu nie zrobię sobie operacji plastycznej.
8. Lubię czytać.
9. Lubię używać trudnych wyrazów.
10. Nie kolekcjonuję tuszy do rzęs.
11. Farbuję włosy, ale nigdy nie zrobię sobie pasemek.
12. Nie lubię dyskotek.
13. Nie piję alkoholu i nie palę papierosów. Ale zdarzało mi się wdychać nosem oranżadę w proszku.
14. Piszę wiersze. Żaden z nich nie jest o krwi płynącej z żył i rozkoszy masochistycznych doznań żyletkowych.
15. Nie czytam „Bravo”, „Dziewczyny”, „Filipinki”, „Twista”, albo innego tego typu gówna.
16. Mam w posiadaniu perfumy bo dostaję na urodziny, i chociaż uważam, że większość z nich ślicznie pachnie, z reguły nie używam. Zapominam.
17. Makijaż dodaje mi pewności siebie, ale jednocześnie sprawia, że żyję w ciągłym stresie spowodowanym ciągłym zadawaniem sobie pytania „a jeśli sobie coś rozmazałam!?”
18. Brad Pitt NIE JEST ani przystojny, ani seksy. To zdanie nie uległo zmianie po obejrzeniu „Troi”.
19. Ale Ewan McGregor jest.
20. I Lucjusz Malfoy.
21. Chociaż rozróżniam przynajmniej kilka odcieni różowego, moje ulubione kolory to zielony, brązowy i fiolet.
22. Nie płakałam na Titanicu.
23. Po papieżu też nie.
24. Nie lubię oglądać komedii romantycznych.
25. Nie śmieszył mnie „Straszny film”.
26. Nie znoszę nosić pierścionków i bransoletek, dlatego kupuję je masowo dla znajomych.
27. Britney nie jest dla mnie ikoną piękna.
28. Chyba Angelina Jolie jest najbliżej.
29. Nie utożsamiam się z Bridget Jones. Chociażby dlatego, że nigdy żaden facet nie spuścił mi się na płaszcz.
30. Nie zajadam smutków nutellą.
31. Nie umiem gotować, ale umiem rąbać drewno i wnosić po schodach ciężkie przedmioty (ostatnio były to dwie zgrzewki wody mineralnej plus reklamówka; na drugim piętrze prawie odpadły mi palce).
32. Wiem jak się pisze „w ogóle” i kiedy się używa „bynajmniej”.
33. Uważam, że Bill z Tokio Hotel zdecydowanie nie jest przystojny.
34. A Avril nie potrafi śpiewać (zresztą jak znaczny procent społeczności muzycznego szołbiznesu) i jest pozerką.
35. Nie jestem feministką. Gdybym twierdziła, że jestem, oznaczałoby to, że walczę z problemem przedmiotowego traktowania kobiet, czy też innymi problemami mojej płci. Moim zdaniem nie ma żadnego problemu, więc nie ma z czym walczyć i przeciw czemu się buntować, a co za tym idzie nie mam ciągot do feminizmu w żadnej formie.
36. Potrzebuję dwóch sekund na wskazanie różnicy między sukienką a spódnicą.
37. Zawsze chciałam nauczyć się strzelać z pistoletu.
38. I grać w Magica.
39. Znam trochę język angielski, ale nigdy nie zaczepiłabym żadnego chłopaka dźwięcznym i chwytliwym „hej boj!”.
40. Uwielbiam szkoły przetrwania i prymitywne warunki polowe, tym bardziej kiedy wiążą się z brakiem elektryczności, wodą w jeziorze i spaniem pod namiotem.
41. Mój ulubiony zapach to Enerdżing Szołer Żel dla mężczyzn. Dopiero na drugim miejscu znajduje się Coty.
42. Zawsze kiedy idę kupić sobie nowe buty, kończy się to kupieniem dwóch nowych książek.
43. Jako dziecko słuchałam Majki Jeżowskiej i Spice Girls i nie wstydzę się do tego przyznać, muahahaha!
44. Nie lubię Paula Coehlo.
45. I nie podobała mi się specjalnie „Samotność w sieci”.
46. Ani „Kod Leonarda da Vinci”.
47. Za to „Dzienniki” Gombrowicza – bardzo.
48. Nie mam konta na randki.pl czy jakimkolwiek innym serwisie tego typu.
49. Nie korzystam z usług fryzjera. Mam Kudłatą [dwukropek gwiazdka].
50. Nie mam w domu wagi, więc nie mogę się dzielić z Kółkiem Wzajemnej Masturbacji Emocjonalnej problemami tycia, chudnięcia i skutków ubocznych nadużywania tussipectu.
51. Jestem chrześcijanką, bez modnych ciągot w kierunku ateizmu, co nie zmienia faktu, że cykliczne uczestnictwo w mszy świętej, to obrządek, a nie przejaw głębokiej wiary.
52. Nie chcę mieć dzieci.
53. Chcę mieć psa.
54. I chłopaka/narzeczonego/męża/kochanka, który nie mówi „poszłem”.
55. Zamiast kolczyków noszę agrafki w uszach.
56. A moim największymi autorytetami są Jan Bosko i Matka Teresa z Kalkuty.
lay
zrobiła Pasażerka tylko i wyłacznie dla papierowykwiat wykorzystując foto stąd
(bierzcie i jedzcie z tego wszyscy)
|