|
listopad 2006 Link :: 2006-11-01 18:03:28
Dawno nie zdenerwowałam się na konkretną osobę tak bardzo, jak dwa dni temu. Wstrzymałam się z komponowaniem i publikacją wpisu na ten temat tylko dlatego, żeby uniknąć niepotrzebnych epitetów, jak i podawania do wiadomości publicznej danych osobowych zainteresowanych.
Kilkanaście dni temu Polską wstrząsnęła tragedia Ani, która powiesiła się, nie mogąc znieść upokorzenia, jakiego doznała ze strony swoich kolegów na oczach klasy. Nie odczuwałam potrzeby pisania moralitetu na ten temat, gdyż wydawało mi się, że czy to na prywatnych blogach, czy na łamach gazet, na ten temat zostało powiedziane już wszystko, okraszone dodatkowo obietnicami LPRu, że zostaną podjęte stosowne kroki, żeby nigdy więcej nie doszło do takiej sytuacji, patrz: specjalne szkoły dla sprawiającej problemy młodzieży, czy podział na gimnazja żeńskie i męskie. Unikałam wypowiadania się na ten temat, ponieważ charakter i poziom gimnazjum jakie ja ukończyłam, koliduje z wyobrażeniem klasy, w której dwójka nastolatków znęca się nad dziewczyną, a osoby przy tym obecne nie reagują. Po tej tragedii, Ammadżi, która swoje doświadczenie zawodowe wyniosła z gimnazjum rejonowego, wysnuła przypuszczenie, że może teraz coś zmieni się na lepsze, zwłaszcza, że na pogrzebie Ani padły słowa o zbiorowej odpowiedzialności za ten dramat, które osobiście uważam za równie patetyczną, co infantylną nadinterpretację. Nie zmienia to faktu, że musiałabym być niewzruszonym cynikiem, żeby jakąś cząstką świadomości nie wierzyć w możliwość pojawienia się pewnych pozytywnych skutków, wypływających z poczucia winy, spowodowanego publicznym oskarżeniem społeczności o „zbiorową odpowiedzialność”. Kilka dni później, czy też patrząc na oś czasu z innej strony: dwa dni temu, okazało się w jakim wielkim byłam błędzie. W jakim błędzie byli wszyscy wierzący w choćby ułamkową rehabilitację narodu.
Iksińską, znam wirtualnie od trzech lat i scharakteryzować ją mogę zarówno w słowach „wrażliwa” czy „zakompleksiona”, jak i wszystkich synonimach nastoletniej egzaltacji. Rozmawiając z Iksińską, czuję się czasami jak dr Love, zagmatwana w jej kolejnych beznadziejnych zakochaniach i niespełnionych potrzebach seksualnych, o których mówi tak swobodnie i bezwstydnie, że czasami trochę mnie to nie tyle krępuje, co przeraża, zwłaszcza, że jesteśmy rówieśniczkami z różnicą wynoszącą zaledwie dwa miesiące na korzyść Iksińskiej. Iksińska jest osobą, która permanentnie potrzebuje podbudowywania jej poważnie zachwianego poczucia własnej wartości i trzeba być skończonym idiotą, ignorantem lub okrutnikiem, żeby to zlekceważyć i mając świadomość, że jest się dla niej ważną osobą, upokarzać ją bolesnym, chociaż płytkim sarkazmem.
Wyobraźcie sobie moje zdumienie i przerażenie, kiedy w kilka dni po tragedii Ani, tragedii która miała coś zmienić na lepsze, dowiaduję się, że osoba, która uważa się za inteligentną i cywilizowaną, nie wyciąga z tego żadnych wniosków. Oczywiście można powiedzieć, że poniżenie słowne, do tego przez Internet, nawet, jeżeli dotyczy cielesności dorastającej dziewczyny jaką jest Iksińska, jest nieporównywalne z poniżeniem fizycznym. Oczywiście można zaakcentować, że Iksińska nie popełniła samobójstwa, ale tylko zrobiło się jej przykro. Oczywiście można zrobić setki innych rzeczy przeciw Iksińskiej, bo jest taka, a nie inna i sama się prosiła, cokolwiek to oznacza. Oczywiście można potraktować tamten dialog z dowcipną pointą rozmówcy Iksińskiej jako żart, ale będzie to równoznacznie z określeniem mianem żartu sytuacji, w której dwóch czternastolatków kręci film pornograficzny kamerą w telefonie.
Nie uważam, żebym była właściwą osobą do wygłaszania patetycznych przemówień, które powinny trafiać komukolwiek do serca, zwłaszcza, że nie byłam zawsze fair w stosunku nawet i do samej Iksińskiej, ale jakoś mnie to zabolało. Może to tylko wydalanie z organizmu szczątków szacunku dla kogoś, kto kiedyś nie wydawał mi się osobą tak egocentrycznie wrażliwą i kto nie uważał, że im sarkazm jest okrutniejszy, tym lepiej świadczy o inteligencji. Gdzie kończy się okrucieństwo zwane żartem, za które powinno się zsyłać ucznia do szkoły o zaostrzonym rygorze? Czy jestem w błędzie, jeżeli stawiam poniżanie i upokarzanie słowne w tym samym rzędzie, co przemoc fizyczną?
2006-11-04 20:30:35
Spadł pierwszy śnieg i tak skończyła się moja ulubiona, mieniąca się złocistościami pora roku, przynosząc pierwsze plany na ferie zimowe. Plany te mają charakter narciarski, co jest odrobinę dziwne, jeżeli przypomnieć sobie, jak rok temu na Rysiance z uporem maniaka i histerią zdesperowanego antytalentu trzymałam się zdania, że nie umiem i nie chcę umieć jeździć. Aktualne prognozy przedstawiają się optymistycznie, gdyż po wielu kalkulacjach dotyczących wolnych środków Ammadżi, jak i oszczędności, które hipotetycznie powinno mi się udać zgromadzić do lutego udowodniłam, że wyjazd na pierwszy tydzień ferii do Włoch, nie musi wykluczać udziału w klasowym wyjeździe na Rysiankę.
Wczesnozimowa pogoda utrzymuje się dopiero od trzech dni, ale najwyraźniej to wystarczyło, żebym się przeziębiła. Z pewnym zdumieniem uświadomiłam sobie dzisiaj, że zwrot „łamanie w kościach” nie jest wcale metaforyczny, ale jak najbardziej dosłowny. Chwilowo nie narzekam na dyskomfort kataru świadoma, iż jest to mniejsze zło, niż gdybym straciła głos, który jest mi potrzebny na najbliższe dwa tygodnie ze szczególnym uwzględnieniem czwartku 16-ego i soboty 18-ego. Zwłaszcza soboty.
Zjadłam dzisiaj pierwsze słodkie jabłko tej jesieni. Jesieni kalendarzowej, pozwolę sobie uściślić, po rzucie okiem na zwiększającą się z każdą chwilą warstewkę śniegu z mojego parapetu. Znowu słucham The Cranberries – dużo i namiętnie, obserwując tabletkę Plusssza, musującą w kubku herbaty.
Spotkałam się w Silesii z Asiczką. Wybrałyśmy dla niej buty, zjadłyśmy lunch, obejrzałyśmy mnóstwo zielonych kurtek zimowych, jeansów, długich swetrów i sukienkę, w której wyglądałabym ładnie, gdybym dysponowała jakąkolwiek opalenizną.
2006-11-07 16:12:56
Historyk mój, publikacji artykułu, który napisany został jako esej na WOS, gratulował mi już tydzień temu, ale dopiero wczoraj zobaczyłam go na własne oczy i przekonałam się, że nie wprowadzono do niego żadnych modyfikacji, za wyjątkiem nadania mu infantylnego tytułu i muszę powiedzieć, że zobaczenie swojego nazwiska w druku to bardzo budujące uczucie.
Byłam, widziałam, oklaskiwałam. Zabrałam Serva, Nibinlondien i Karinę na „Canterville Ghost” do Teatru Rozrywki. Serv dostał od nas „Psałterz Wrześniowy” z Piotrem Rubikiem na okładce na urodziny. Nibinlondien poinformowała mnie, że porzuciła marzenia o ASP na rzecz Politechniki, aczkolwiek nie mam pewności, czy ona tak na poważnie, czy tylko chciała się podroczyć.
Definitywnie zakończył się dla mnie trwający przez ostatnie cztery lata okres nauki chemii nieorganicznej, który wspominać będę bez sentymentu, jako najgorszy koszmar. Oblewać ten fakt byłoby z kim i czym, ale nie ma za co, więc pozostaje mi myśleć o tym, jako o przyjemnym i optymistycznym akcencie na ten wyjątkowo okropny i pracowity tydzień.
2006-11-08 18:47:57
„[Rodzice] mają prawo uważać, że posyłając dziecko do szkoły, oddają je w ręce nie tylko edukatorów, ale i wychowawców. Jednak gdy dochodzi do konfliktu nauczyciel-uczeń, rodzice zwykle biorą stronę dziecka. W ten sposób podważają i tak nadwątlony już autorytet pedagogów.
(...)
Do pracy w szkole trafiają często osoby, które nie potrafią się zrealizować na żadnej innej ścieżce kariery zawodowej. O powołaniu nie ma mowy. Ale niedoinwestowana szkoła nie może wybrzydzać.
(...)
Przemocy w szkołach sprzyjają także przeładowane klasy, kiepski system oceniania uczniów, który nie uwzględnia możliwości danego ucznia, poczucie zagrożenia przez uczniów, przeciążenie nauką i jednocześnie brak oferty rozwijającej pozaszkolne zainteresowania (zajęcia pozalekcyjne to albo korepetycje, albo kółka dla olimpijczyków). Młodzi ludzie w szkole czy w mediach obserwują, że arogancki sposób zachowania przynosi korzyści – w ten sposób uzyskują wyższą pozycję w szkolnej hierarchii. Dlatego tak trudno z tym walczyć.”
(Joanna Tańska / 06.11.2006 / onet.pl wiadomości)
„Niestety, minister zamiast rozprawić się ze szkolnymi chuliganami, zabrał się do kneblowania wolności słowa w szkołach, wypychając z nich organizacje, które uczą szerszego spojrzenia na świat. Pierwszym krokiem było wysłanie przez wiceministra Jarosława Zielińskiego listu do kuratorów oświaty, w którym przestrzega przed wpuszczaniem do szkół organizacji pacyfistycznych („pacyfista jest zaprzeczeniem patrioty”) i ekologicznych. Zdaniem PiS-owskiego wiceministra, mogą one wypaczać charakter młodego człowieka.
(...)
A władza niechętnie patrzy m.in. na rozmowy uczące tolerancji czy kontakt uczniów z organizacjami pozarządowymi (które nie krzewią chrześcijaństwa). W ten sposób na indeksie znalazł się Jurek Owsiak, który – jak przekonuje posłanka PiS, Maria Nowak – „wyrządził wiele szkód wychowawczych młodzieży”. Owsiaka, którego hasło „Róbta, co chceta” i zbieranie pieniędzy na WOŚP od dawna budziły niechęć ludzi Kościoła, obarczono winą za to, że „konsekwencją jego działalności są problemy z dziećmi”. Jest wina, będzie też kara. Owsiakowi nie pozwolono prowadzić w szkołach kursów... udzielania pierwszej pomocy.
(...)
W Bielsku-Białej piętnują one jedną z najstarszych organizacji ekologicznych – Klub Gaja. Zieloni od dawna współpracują ze szkołami – uczą dzieci szacunku do przyrody oraz zachowań proekologicznych, m.in. organizują Święto Drzewa, podczas którego najmłodsi sadzą drzewka. Gaja słynie z akcji zbierania makulatury przez uczniów. Za zdobyte w ten sposób pieniądze wykupywane są konie przeznaczone na rzeź. Następnie zwierzęta przekazywane są fundacjom zajmującym się hipoterapią. To wszystko nic nie znaczy wobec faktu, że wśród zielonych jest wielu wegetarian oraz osoby uprawiające jogę. PiS bije więc na alarm – to (sprzeczna przecież z chrześcijaństwem) filozofia Wschodu!
List wiceministra Zielińskiego zastraszył też nauczycieli szkół warszawskich. Awantura wybuchła w LO im. Cervantesa, gdzie dyrekcja zabroniła zorganizowania debaty na temat wolności słowa i praw człowieka. Podejrzenia, że znajdą się tam niewygodne treści, były tym bardziej absurdalne, że wśród gości był przedstawiciel Katolickiej Agencji Informacyjnej. Dyrektorka szkoły, Joanna Malawska, przekonywała, że nigdy nie wiadomo, za co będzie musiała się tłumaczyć przed władzami, a „nie chce przed maturą narażać szkoły na niepotrzebne emocje”. Ostrzegała jednak ministra: „Dyrektorów można stłamsić, ale młodzieży ust zamknąć się nie da”.
I rzeczywiście. Licealiści z Cervantesa nie poddali się. Postanowili zorganizować debatę, ale poza murami szkoły.”
(Joanna Tańska / 28.03.2006 / onet.pl wiadomości)
„Uważam, że szkoła powinna być miejscem, gdzie pewne wartości oparte na tradycji kultury chrześcijańskiej są powszechnie uznawane. Tymczasem fakty pokazują, że w imię źle pojętej tolerancji podaje się za wzorcowe wątpliwe typy zachowań. Tym stanem rzeczy można tłumaczyć działania podjęte przeze mnie zaraz w pierwszym dniu objęcia urzędu. Poważne cięcia finansowe dotknęły organizacje promujące homoseksualizm czy transwestytyzm, które w czasie letnich obozów prowadziły skandaliczne zajęcia, jak na przykład Kampania Przeciw Homofobii. W imię hasła, że płeć jest kategorią zmienną, dziewczynki przebierano za chłopców, a chłopców za dziewczynki. Praktyki te stosowano również w odniesieniu do dzieci w okolicznych przedszkolach. Podobny los spotkał takie organizacje, jak Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, które uzyskiwały pieniądze z polskiej edukacji na rzecz ideologicznych, często politycznych akcji, nie mających nic wspólnego ani z wychowaniem, ani z edukacją.
Moje wejście do Ministerstwa Edukacji Narodowej oznacza także znaczącą zmianę kierunku działań polskiej oświaty. Chcemy kształcić młodzież, ucząc otwartości na prawdę, kultury życia, chcemy przekazywać integralną wizję o człowieku, co jawnie sprzeciwia się głosom opowiadającym się za swobodą seksualną oraz kształceniem młodzieży w duchu marksistowsko-leninowskim. Bezdyskusyjna jest także silna presja, z jaką działają niektóre socjalistyczne partie zachodniej Europy. W imię haseł o postępie czy europejskości usiłuje się nam sprzedać bardzo wątpliwe treści. Słowem – uważam, że konfrontacja w tej materii jest nieunikniona i jestem na nią przygotowany.”
(Roman Giertych – wicepremier, minister edukacji / 04.07.2006 / onet.pl wiadomości)
Chociaż wojną na argumenty o wprowadzenie mundurków szkolnych, monitoringu i zakazu noszenia do szkoły telefonów komórkowych przestałam emocjonować się już dawno, powyższe cytaty, które nie są bynajmniej wycięte z kontekstu, sprowokowały mnie do podzielenia się swoimi spostrzeżeniami.
Interesuję się tym wszystkim z dwóch powodów. Jeden z nich, to majaczące na horyzoncie odległym od teraz o półtora roku, widmo rozszerzonej matury z WOSu, kwestia druga zaś dotyczy osiągnięcia przeze mnie wieku pełnoletniego, co nastąpi dopiero za blisko jedenaście miesięcy. Do tego czasu jestem bezpośrednio zależna od pomysłów wicepremiera Giertycha na reformę szkolnictwa, z zakazem przebywania poza domem po godzinie 22-giej włącznie.
Ten pomysł już na chwilę obecną uważam za śmieszny, bo znając społeczeństwo w jakim żyję przypuszczam, że nie zawsze uda się wyegzekwować złamanie tego zakazu, co tylko podważy wątpliwy autorytet ministra edukacji. Laur absurdu miesiąca, przypada zakazowi noszenia do szkoły telefonów komórkowych, do czego zastosować się nie zamierzam, jako że bez tego dobrobytu cywilizacji, czuję się jakby pozbawiona ręki.
Najbardziej rzucające się w oczy jest to, jak po samobójczej śmierci Ani z Gdańska rozpętała się dyskusja dotycząca wychowania. Ktoś obliczył, że statystycznie rodzic na rozmowę ze swoim dzieckiem poświęca siedem minut dziennie, komuś przypomniało się, że nauczyciel powinien nie tylko uczyć, ale i wychowywać, co jest o tyle ciekawe, że przecież aby być wychowawcą, trzeba być autorytetem, a gdyby wykonawca tego zawodu miał jeszcze jakiś szacunek u uczniów, zbędnym byłoby bicie ministra na alarm i mianowanie nauczyciela funkcjonariuszem publicznym.
Rozbawił mnie fragment o braku oferty rozwijającej pozaszkolne zainteresowania, gdyż mówiąc szczerze, nie dane mi było jeszcze znaleźć się w sytuacji, w której nie miałabym alternatywy, dla marnowania czasu przed komputerem. Ze swoim harmonogramem dnia, jestem żywym zaprzeczeniem tej teorii.
Inne nonsensy tych artykułów, nie są warte moich nerwów i perswazji. Nie jestem patriotką, nie jestem też zagorzałą pacyfistką, chociaż stoję w opozycji do wojny, nawet, jeżeli w teorii przyświeca jej słuszny cel. Popieram Kampanię Przeciw Homofobii, chociaż nie jest to zgodne z zasadami Kościoła Katolickiego do którego przynależę i mimo, że nie podoba mi się nastawienie tej religii do związków partnerskich gejów i lesbijek, nie buntuję się przeciwko swojemu wyznaniu. Na marginesie mówiąc wydaje mi się, że ostatnimi czasy manifestuje się tolerancję dla mniejszości religijnych, dla ateistów, dla homoseksualistów, słowem: dla wszystkich, oprócz katolików, których utożsamia się z pewnym moherowym nakryciem głowy i ojcem Rydzykiem.
2006-11-12 00:28:20
Jestem niezdrowo podekscytowana koncepcją prezentu urodzinowego dla Nibinlondien, to na wstępie, bo kwestia ta angażuje mnie całą od kilku dni.
Zaczęłam mieć koszmary dotyczące Literackiego Hyde Parku. Właściwie, można to uznać za dobry znak, gdyż zgodnie z zasadą, że motyw śmierci we śnie jest zapowiedzią długiego życia dla ofiary w rzeczywistości, wszystko powinno się udać, a nawet, uzupełniając o zwrot zarówno metaforyczny, jak i dosłowny: udać się śpiewająco.
Obie zachrypnięte, zakatarzone i generalnie nie rozśpiewane z uwagi na wczesną porę, dwie godziny interpretowałyśmy z Agą wybrane już ponad tydzień temu utwory muzyczne, których nie miałyśmy okazji nawet przećwiczyć wcześniej, nie licząc dziesięciominutowej przerwy między matematyką, a matematyką w środowe popołudnie. Ostatecznie zaśpiewałyśmy i cholera, zaśpiewałyśmy dobrze już za drugim podejściem (za pierwszym zaczęłam się śmiać, kiedy przypomniałam sobie Agę, przebraną za Mydełko Fa fikającą po scenie do melodii piosenki o tym samym tytule), a paradoksalnie najlepiej udały nam się te fragmenty, co do których obie miałyśmy pewność, że nie można ich wykonać bezbłędnie, mając tak ograniczony czas na ćwiczenia.
Nie mam snów związanych z deklamacją. Zły znak. Właściwie nie powinno mnie to dziwić, skoro dobrze wiem, że nawet jeżeli przejdę przez eliminacje (co wcale nie musi się okazać takie łatwe, skoro może na nie przyjść nawet i trzysta osób), to w finale spotkam naprawdę dobrych recytatorów.
Nie mam też snów związanych z kategorią tekstów własnych. Na chwilę obecną wiem tylko, za jaką prozę trzymam kciuki.
Przez miesiąc odkładałam moment rozpoczęcia pracy nad tłumaczeniem, wynajdując kolejne obowiązki, które musiały natychmiast zostać spełnione. W ten weekend otworzyłam stosowny folder, wyjęłam z półki słownik angielsko-polski i rozpoczęłam pracę. Zwróciłam się już z prośbą o korektę, samej będąc na jak najlepszej drodze, żeby w najbliższej przyszłości skończyć pierwszą partię tekstu. Jestem z siebie naprawdę bardzo dumna i jeżeli mam być szczera, to polubiłam to zajęcie. Nawet, jeżeli każda strona ma swoje „słowo potwora” to i tak jest to jedna z najbardziej satysfakcjonujących rzeczy, jaką się w życiu zajmowałam.
2006-11-16 00:30:02
Byłam w nowej herbaciarni z dyskretnie nonsensowną Kingą, niegdysiejszą Dragonfly udowadniając tym samym, że nic co ludzkie nie jest mi obce, z czasem wolnym włącznie.
Z Agą miałyśmy pierwszy popis wokalny z udziałem publiczności. Publiczność w osobie przedstawiciela ciała pedagogicznego, ku pokrzepieniu serc wygłosiła komentarz pozytywny, chociaż nie równoznaczny z wykluczeniem opcji katastrofy do jakiej może doprowadzić trema, szczególnie w najwyższych partiach z trylem włącznie, które nie sięgają może majstersztyku sopranu koloraturowego, ale są wystarczająco trudne, żeby obarczyć je brzemieniem ryzyka. Pierwszy sukces już odniosłyśmy: nastawione na klęskę, przyjęłyśmy pozytywną opinię z ogromną ulgą. To jest taki moment, w którym uzmysławiasz sobie, że przekroczyłeś już pewną granicę wyznaczoną przez poprzednie osiągnięcie i dalsze etapy traktujesz już z większym spokojem. Będzie dobrze.
2006-11-19 16:30:16
Koncert w Cafe O`joj zakończył się dla mnie bisem „Murów” Kaczmarskiego. Potem już tylko martini i komentarz dotyczący wywiadówki.
Ammadżi kupiła swój pierwszy w życiu telefon komórkowy. Jej umiejętności w dziedzinie obsługiwania go, są porównywalne z moimi umiejętnościami rozwiązywania zadań z matematyki, aczkolwiek wplatając w to porównanie moją osobistą refleksję uważam, że obsługa Nokii jest nie tylko prostsza, ale też ma znacznie bardziej praktyczne zastosowanie, niż poprawne przesunięcie hiperboli.
Musiałam obudzić się o piątej rano (w sobotę), żeby przyjechać na Literacki Hyde Park punktualnie. Śniadanie przyjęło formę cheeseburgera z McDonalda. Aga miała kaca, a ja nieujarzmiony apetyt na chałwę. Charakter pierwszej próby najlepiej określiłaby parafraza tytułu piosenki Lady Pank, czyli gorzej niż beznadziejnie, ale kiedy przyszło do konkretów, było umiarkowanie dobrze. Czyli czysto, chociaż nie fenomenalnie. Oczekiwanie na deklamację, mój mózg wybrał sobie na dobry moment pod migrenę. Lewa półkula pulsowała w rytmie disco, kiedy walcząc z mdłościami recytowałam Gałczyńskiego „Konia w teatrze” i Koprowskiego „Dziewczynę, strzykawkę i bestię”. Jednoosobowa, bardzo sympatyczna komisja uświadomiła mnie, że uroczo zaciągam po śląsku.
- Masz lekką wadę wymowy, prawda?
- Nie, aparat ortodontyczny.
Sezon na aktywność artystyczną pora uznać za zamknięty i skupić się na mrocznych aspektach chodzenia do liceum, z matematyką na dobry początek.
2006-11-24 18:41:19
Miałam przestać brać udział w jakichkolwiek przedsięwzięciach artystycznych i zająć się matematyką, ale pokusa udziału w festiwalu teatralnym była zbyt silna. Realizacja scenariusza Witkacego „Mister Price czyli Bzik Tropikalny” to jedno z moich marzeń i miałabym do siebie pretensje, gdybym nie wykorzystała szansy na spełnienie go.
Będzie to mój powrót do reżyserowania przedstawień po ponad rocznej przerwie. Tekst sztuki zajął czterdzieści trzy strony. Na jedenaście ról obsadziłam sześć. W głównej roli żeńskiej zobaczyć będzie można Kudłatą, a ponadto wszystkie kreacje żeńskie przypadły w udziale absolwentkom Salezjańskiego Gimnazjum. W projekt zaangażowani są uczniowie trzech szkół, ale nie wykluczam możliwości wydłużenia tej listy o kolejne placówki edukacyjne. Efekt końcowy obejrzeć będzie można w bliżej niesprecyzowanym terminie marcowym, toteż z zapraszaniem szerszej publiczności się jeszcze wstrzymam.
Kudłata odwiedziła moje liceum i odniosłam wrażenie, że podobało się jej na naszej wesołej fizyce. Wszystko było dziełem przypadku: ot, zobaczyła mnie z okna autobusu, kiedy wychodziłam rano z budynku naszego starego gimnazjum i wyskoczyła z owego środka lokomocji ciągnąc za sobą kolegę. Znowu zjadłam śniadanie z McDonaldzie i na podstawie tego doświadczenia, polecam wszystkim shake`a brzoskwiniowo-czekoladowego z sezonowej serii produktów restauracji Ronalda McDonalda. Muszę się też przyznać, że pierwszy raz w moim licealnym życiu przyszłam na sprawdzian z niemieckiego wyluzowana jak zwykle, z bynajmniej nie wywołującą rumieńca wstydu świadomością, że nawet nie otworzyłam zeszytu przedmiotowego i... nie udało mi się odpowiedzieć na wszystkie pytania. Tak, wstydzę się. Wstydzę się z akcentem na cudzysłów, który trzeba sobie dopowiedzieć.
Skończyłam kurs szybkiego uczenia się. Od tej pory cyferka osiem, już zawsze będzie kojarzyć mi się z bałwanem śniegowym. Znalazłam odpowiedź na kilkanaście zagadek logicznych, w tym zagadkę Einsteina, którą jeżeli powołać się na legendę, potrafi rozwiązać tylko dwa procent społeczeństwa, co jak przypuszczam nie jest prawdą. Nauczyłam się: siedemnastu pierwszych bogactw naturalnych Chin, dzieł Shakespeara we właściwej kolejności, kilkunastu dat i trochę mniej artykułów konstytucyjnych, piętnastu włoskich słów, dwudziestu największych państw Europy w kolejności, dziesięciu cesarzy rzymskich, czternastu bogactw naturalnych Brazylii, władców Polski, dzieł Moliera, muz greckich, dat wypraw krzyżowych, tablicy stratygraficznej i stolic kilku państw Europy. Zrobiłam trzy testy na kreatywność. Kupiłam dwie pożegnalne czekolady dla Sue i Cirilli. Mam certyfikat i wolne wieczory we wtorki i w czwartki.
lay
zrobiła Pasażerka tylko i wyłacznie dla papierowykwiat wykorzystując foto stąd
(bierzcie i jedzcie z tego wszyscy)
|